Star Trek TNG: Encounter at Fairpoint – recenzja (1×01,1×02)

Tak oto dotarliśmy do kolejnej serii Star Trek czyli Następne Pokolenie. Wielu uważa ją za najlepszą odsłonę sagi, ale czy tak jest w rzeczywistości? Sprawdzimy:)

Na początek twórcy maja u mnie olbrzymiego plusa za przeniesienie akcji 100 lat do przodu i pokazanie nam zarówno nowego statku jak i nowej załogi. Dlaczego uważam to za plus? Serial TNG był kręcony pod koniec lat 80 w kompletnie innych realiach i z kompletnie innymi możliwościami. Ciężko mi wyobrazić sobie na przykład Kirka na pokładzie nowego okrętu, natomiast nowa załoga to po prostu nowe możliwości. Seria wyraźnie potrzebowała czegoś świeżego i nowego. Oczywiście nie obyło się bez protestów ultra fanów Kirka i spółki, ale to temat na inną rozprawkę.

Tak wiec poznajemy w tych dwóch odcinkach załogę, czyli nowego kapitana: Jean Luca-Picarda, jego pierwszego oficera oraz resztę, która póki co nie wydaje się aż tak interesująca. Co prawda Geordi jest ciekawy, ale na razie nie ze względu na swój charakter tylko poprzez specyficzny wizjer, który pozwala mu patrzeć na świat. Jesteś pani doktor Crusher ze swoim synem Weseleyem – od razu widać, że dzieciak to geniusz, który będzie miał jakieś specjalne zadanie – niestety. Gdzieś tam kręci się Worf (czyżby sojusz federacyjno-klingoński zaszedł aż tak daleko?) i Tasha Yar jak na razie – bez wyrazu. No i jest jeszcze legendarny android Data i to rzeczywiście jest interesująca postać, której rozwoju już możemy się spodziwać. Jest on tutaj mocno kreowany na nowego Spocka, o czym wspomina sam admirał McCoy (tak, ten doktor z TOSa, który jest swoistym łącznikiem TNG z oryginalną serią). Jednak w przeciwieństwie do naszego ulubionego półwolkanina, Data pragnie wszystkiego co ludzkie a nie odwrotnie.

W fabule tego odcinka poznajemy też głównego antagonistę serialu czyli niejakiego Q. I muszę przyznać, że wypada on rewelacyjnie. Jego tyrady przeciwko ludziom pozwalają nam trochę lepiej poznać historię a załodze zaprezentować się o wiele lepiej. Co prawda niektórych może drażnić jego potężna „moc”, ale jest to też pewnego rodzaju nawiązanie do oryginalnej serii, gdzie często spotykaliśmy takie nadludzkie istoty. Co do fabuły to nie chcę za dużo zdradzać ale naprawdę można się wciągnąć. Dziwi mnie też trochę pomysł niechęci Picarda do dzieci i lekko dziwna prośba do Rikera, ale podejrzewam, że był to zabieg scenarzystów, aby pokazać nam, że obecny Enterprise jest statkiem rodzinnym. Ogólnie oceniam pilot bardzo dobrze, pokazano nam tu załogę, możliwości statku (odłączenie spodka) i głównego przeciwnika załogi Jean Luca-Picarda. Jest dobrze!!