Stargate SG-1: Solitudes – recenzja (odcinek 1×18)

Tym razem scenarzyści zafundowali nam odcinek specyficzny. Praktycznie nie ma w nim żadnej akcji, nie uświadczymy tutaj też obcych, laserów ani efektownych scen. Podejrzewam, że fakt iż epizod był tani w produkcji odgrywał tutaj dość znaczącą rolę. Cała fabuła opiera się na dwu wątkach.               Zaczyna się wszystko od tego, że wracając przez Wrota, SG-1 gubi po drodze O’Neilla i Carter. W bazie ląduje pozostała dwójka i tu zaczyna się wątek poszukiwań zaginionych. Co ciekawe jest to pokazane w ten sposób jakby najbardziej zależało Danielowi Jacksonowi na odnalezieniu reszty załogi. To on nie śpi po nocach, to on kłóci się z Hammondem aby nie przerywać poszukiwań. Drugi wątek odnosi się właśnie do brakujących członków grupy. Lądują oni na zimowej planecie gdzie spotykają ich same problemy. Są bowiem w lodowej jaskini, Jack jest ranny a na dodatek Wrota odmawiają posłuszeństwa. Ciekawe, mimo sztampy, są relacje O’Neilla z Carter. Z kolei jej upór aby naprawić Wrota jest naprawdę godny uwagi. Najciekawsze w tym odcinku jest jednak to, że mamy w tym odcinku prawdziwy twist i to nawet zaskakujący. Otóż okazuję się, że Carter wraz z pułkownikiem są na Ziemi gdzie znajdują się dwie sztuki gwiezdnych wrót. Jest tutaj malutki błąd gdy Daniel pyta Tealca czy Goauldy mogły umieścić dwa wrota na jednej planecie. Otóż nie mogli, gdyż jak wiemy to nie oni wymyślili system wrót a tylko go zastali i wykorzystali. No ale to błąd bardzo malutki. Po za tym odcinek ogląda się dobrze a jeśli widzi się go po raz pierwszy potrafi zaskoczyć. No i daje pole do popisu scenarzystom w postaci drugich gwiezdnych wrót. Polecam.