Star Trek V: The Final Frontier

I oto przed ami osławiona piata część filmowej sagi Star Trek. Znana głownie z tego, że jest uznawana za najsłabszą część w historii serii (przynajmniej do czasu „W nieznane”), głównie za sprawą tragicznej fabuły oraz jeszcze słabszej reżyserii Williama Shatnera. Fabuła ta porusza jednak bardzo ciekawe kwestie a często bywa, że film zyskuję z czasem i mimo dość chłodnego przyjęcia (sam Gene Roddenberry uznał ten film za niekanoniczny i usunął go z kanonu, jednak po jego śmierci właściciele praw przywrócili go do oficjalnej historii) po kilku latach okazuję się całkiem znośny. Jak jest tym razem?                        No dobra nie będę was zwodził, jest tragicznie. Sam nie wiem, o co czepiać się najpierw. Może zaczniemy od fabuły. Mamy tu przyrodniego brata Spocka, o którym dotąd nie słyszeliśmy. Nie zrozumcie mnie źle. Nie oczekuje ,że w poprzednich odsłonach, czyli 4 filmach i trzech sezonach poznamy całą rodzinę Spocka i reszty bohaterów. Jednak uważam za lekkie lenistwo wymyślić brata jednego z głównych bohaterów. Nie trafia też do mnie argumentacja, że skoro nigdy o tym nie mówiono to jest możliwe. No ale ok, scenarzyści zrobili, co postanowili i dali nam Syboka, którego poznajemy na planecie galaktycznego pokoju, gdzie rezydują ambasadorzy Ziemii, Klingonów i Romulan. Wiecie co? O tym też nigdy przed tym nie słyszeliśmy a sprawa wygląda na dość poważną. Tam też Sybok robi rewolucję, aby ściągnąć statek Federacji. A rzecz jasna jedyny statek w pobliżu to Enterprise, który jest w rozsypce… Serio, część załogi wypoczywa, reszta naprawia statek, który otrzymali w poprzedniej części. Czemu się sypie? Dlaczego prawie nic tam nie działa? Nie wiadomo. Jeszcze lepsze jest wyjaśnienie admirała, dlaczego właśnie ich wysyła na planetę galaktycznego pokoju. Bo potrzebuję Kirka i jego doświadczenia. Mógłby co prawda wysłać tego Kirka z załogą na działający statek, ale lepiej lecieć rozlatującym się Enterprise.

Tu niestety pojawia się kolejny problem tego filmu.  William Shatner jako współtwórca scenariusza uznał za stosowne pokazywać nam jaki wspaniały jest  James T. Kirk. Dalej fabuła zasuwa na granicy absurdu. Uhura tańczy nago, Enterprise zostaję przejęty, Sybok ma przedziwne moce pokazujące ludziom ich największe lęki bądź wydarzenia sprawiające im ból i ich leczy. Porwanym statkiem zamierza się przebić się przez tajemniczą barierę otaczającą centrum galaktyki i spotkać tam Boga. To nie żart. Gdzieś tam lecą za nimi klingoni, a Enterprise bez trudu przebija się przez tajemniczą barierę. Pytam się WTF? Żadna sonda nie mogła się przebić, ale statek, na którym nic nie działa, radzi sobie bez trudu? Potem Kirk wraz z ekipą znajdują Boga ale to oczywiście oszukaniec (jak to zazwyczaj bywa w tej serii). Zgadnijcie kto jako jedyny jest na tyle dzielny i charyzmatyczny aby ujawnić fałszywego Boga? Oczywiście James. Koniec końców wszyscy wracają do swoich poprzednich zajęć.

Jak widzicie fabułą tego filmu jest niewiarygodnie głupia i infantylna. Może chociaż film broni się doskonałą reżyserią? Nic z tego moi drodzy. Przez cały film wyraźnie widać jaki cel miał Shatner. Pokazać jakiż on jest cudowny i boski. Dodatkowo w film wpleciono slapstickowe żarty a Shatner przebija swoja grą wszystko co dotychczas widzieliście. Mozę wiec ten film ma swój urok, jak poprzednia część, gdzie fabularnie również było tragicznie ale oglądało się doskonale? Niestety, przez górnolotny pomysł „szukania Boga” i kompletnie niezrozumiałe meandry fabuły ciężko tu odnaleźć jakieś pozytywy. Wydaje mi się, że założeniem tego filmu było odkrywanie nieznanego jednak wykonali to tak tragicznie, że brak mi słów. Ocena 3/10 za rozwinięcie wątków niektórych postaci.