Polcon 2018 – relacja według Pifkowiczów

Coroczne spotkanie polskich fanów Star Treka zawsze miało szczególne miejsce w naszym kalendarzu, bo przecież dla wielu z Pifkowiczów to właśnie od tego serialu zaczęła się miłość do fantastyki naukowej. W tym roku postanowiliśmy po kilkuletniej nieobecności odwiedzić tą imprezę, która teraz jest częścią najstarszego konwentu SF w Polsce, czyli Polconu, odbywającego się w tym roku w Toruniu. Niestety kwestie rodzinno-prywatne pokrzyżowały wielkie plany i ostatecznie udało się wyjechać tylko na jeden dzień, w dodatku w okrojonym składzie, ale i tak było fajnie…

Relacja według Śmiecha

Treksferę jeszcze będącą częścią warszawskiej Avangardy zawsze wspominałem bardzo miło, więc cieszyłem się, że w tym roku w końcu uda się zobaczyć tych wszystkich pozytywnie zakręconych ludzi. W dodatku Polcon i jego tradycja też mocno zachęcały i miałem nadzieję, że uda się trafić na jakieś ciekawe punkty programu.

Razem z Mavisem i Wookiem dotarliśmy na miejsce koło 10:00, czyli akurat na czas, by w granicach „studenckiego kwadransu” wpaść na prelekcję Szymona Skowrońskiego „Od pustej kartki do pełnej sali. Jak powstaje film science fiction„. Dlaczego tam? Bo to miał być konik i oczko w głowie naszego Mavisa. Problem w tym, że po prelekcji mam mieszane uczucia. Z jednej strony prowadzący opowiadał bardzo ciekawie i widać było, że ma sporo wiedzy w temacie historii filmografii, ale z drugiej… Cóż… Szymon opowiadał o historii filmów SciFi, a nie o procesie powstawania takiego filmu, jak sugerowałby by tytuł. W dodatku opowieść nie było poparta żadnym obrazem, filmem, czy prezentacją, choć za prowadzącym znajdował się gotowy do skorzystania sprzęt z rzutnikiem. Uważam to za grzech niewybaczalny, bo aż prosiło się o ilustrację tego, o czym była mowa. Ocena ogólna: słabo.

Na szczęście potem było już tylko lepiej. Trafiliśmy w końcu do sali, gdzie odbywały się punkty programu dotyczące Treka i od razu wpadliśmy w wir rywalizacji. Krystian Aparta jako prowadzący (z pomocą Fluora oczywiście) to stuprocentowa pewność dobrej zabawy – w tym przypadku trekowych kalamburów. Co tam się działo… 🙂 No bo jak pokazać takie hasła jak „nieznane formy życia”, „pierwszy kontakt”, czy „Spot jest obojniakiem”? 🙂 Walka była ciężka, ale udało nam się zająć pierwsze miejsce, więc mieliśmy powody do zadowolenia.

Pifkowicze świętujący I miejsce w konkurcie i zdobyczne żetony. Brawo my! 😉

Niestety w tym momencie muszę jednak pomarudzić na to, co mogliśmy w konwentowym sklepiku kupić za wygrane żetony. Albo wszystkie rzeczy były już przebrane (co wydaje się dziwne, bo przecież jeszcze doba konwentu została), albo mieliśmy ogromnego pecha, bo do wyboru mieliśmy tylko kilka książek, kubków, dwie planszówki i maskotki Asterixa i Obelixa. No cóż… Przynajmniej mam kubek.

Po kalamburach zostaliśmy jeszcze w sali, by wziąć udział w dyskusji o najnowszym dziele spod znaku „Star Trek”, czyli serialu „Discovery”. Nasze zdanie pewnie już znacie, marudziliśmy na ten temat w miarę pojawiania się odcinków, ale okazało się, że na sali część osób myśli coś innego. 🙂 W pewnym momencie okazało się nawet, że serial podobał się wszystkim prowadzącym, czyli Archarachne, Fince, Fluorowi i Nadiru, choć większość uczestników chyba była przeciw. Tym większy szacun dla prowadzących, bo potrafili z jednej strony zainicjować interesującą rozmowę, a drugie dość skutecznie pilnowali porządku na sali. Nie przekonali mnie i dalej uważam ST: Discovery za słabiznę, ale muszę stwierdzić, że Kasia panować nad tłumem umie. 😉

Chłopaki porwali się z motyką na słońce. Pizza miała 71cm średnicy…

W tym momencie głód dał jednak o sobie znać i musieliśmy zrezygnować z kolejnego punktu programu, czyli prelekcji Nadiru. Udało się jednak wrócić do sali w odpowiednim momencie, by zdążyć na sesję zdjęciową wszystkich obecnych tam trekkerów i muszę przyznać, że trochę nas jest. 🙂 Zdjęcia można podziwiać na Facebooku w galerii Finki i każdy oglądając je zobaczy, że humory dopisywały. 🙂

To tylko przygotowania do sesji. Reszta na FB Finki.

Z bliżej niezrozumiałych dla mnie przyczyn po sesji zdjęciowej trafiliśmy na prelekcję Pawła Ostrowskiego o inwazji na Kubę w 1962 roku. Niestety niewiele z tego pamiętam, bo – i to przyznaję z pewną nieśmiałością – podczas wykładu sen mnie zmorzył… Nie chcę nic sugerować o merytorycznym przygotowaniu prowadzącego, ale sala studencka i monotonny głos z katedry zrobiły swoje, bo w pewnym momencie poczułem szarpanie za ramię i okazało się, że prelekcja już się skończyła…

Po „Kubie” czekały nas kolejne atrakcje, czyli wiedzowy konkurs z Discovery. Niestety brak przygotowania i ogólna niechęć do serialu zrobiły swoje i całej naszej trójce nie poszło zbyt dobrze. Tylko Mavis dzielnie bronił honoru klubu, ale i on poległ na placu boju. Może następnym razem. 🙂 A może jednak nie. 😉

GF Darwin. Polecam!

O 18:00 załoga WOGFu opowiadała o trekowym konwencie w Birmingham, czyli Destination Star Trek. To, co najbardziej z tego wykładu zapamiętałem, to olbrzymie sumy, jakie trzeba by mieć, by zobaczyć wszystko, na co człowiek miałby ochotę. Cóż… 🙂 To chyba jednak nie dla mnie. Się ma rodzinę i priorytety muszę mieć troszkę inne, ale niech się koledzy i koleżanki bawią. Ostatnią rzeczą, jaką zrobiliśmy tego wieczora na Polconie, to udział w spotkaniu z Grupą Filmową Darwin i muszę przyznać, że chłopaki mają świetne poczucie humoru. Nie kojarzyłem wcześniej tej grupy, a jedyne co widziałem, to jeden czy dwa krótkie filmiki, ale po spotkaniu postanowiłem, że muszę nadrobić zaległości. 🙂 Niestety dobra zabawa dla nas musiała się kończyć i trzeba było opuścić całonocną integrację trekkerów w pobliskim barze, by móc w miarę szybko wrócić do rodzin.

Pożegnalna fota na terenie UMK i do domu

Czy było fajnie? Zdecydowanie tak. Treksferowe punkty programu były interesujące, ale i osoby spoza naszego grona mogły znaleźć coś dla siebie. W końcu nie codziennie można wpaść na Andrzeja Sapkowkiego na korytarzu. 🙂 Fani SF to bardzo otwarci i weseli ludzie, więc można było choć na jeden dzień zapomnieć o trudach dnia codziennego i spraw służbowych. Tak więc minęło już kilka dni, ale wyjazd do Torunia ciągle wspominam z sentymentem.

Wpis do księgi pamiątkowej. Może w przyszłym roku znowu się tu pojawimy?