Stargate SG-1: Singularity – recenzja (odcinek 1×15)

W tym odcinku mamy pokazaną, troszeczkę inną taktykę Goauld. Otóż wybijają oni całą wioskę, zostawiając przy życiu dziewczynkę. W jej ciele instalują bombę która aktywuje się przejściem przez Wrota a wybuchnie gdy ponownie Cassandra (tak ma na imię dziewczynka), zdecyduje się na podróż „pierścieniem Bogów”.                      Niestety, ponieważ SG-1 podejrzewa, że wioska zginęła z ich winy (ponieważ przynieśli bakterię), radośnie ratuję małoletnią bombę. Następnie zaś podejrzewają, że dziecko tak czy owak wybuchnie więc chowają ją do starego schronu. Odcinek ciekawy który pokazuję bezwzględność naszych wrogów. Tym bardziej, że to nie działania Apofisa tylko konkurencyjny Goauld: Nirrti. Miło, że scenarzyści nie zamierzają ograniczyć tej rasy do jednego przedstawiciela. Chciałem jeszcze wspomnieć o końcowych scenach. Gdy Cassie wraz z Carter zjeżdżają windą do schronu można  się naprawdę zasmucić. Co prawda dalej rozbraja mnie dziwne, „wojskowe” podejście scenarzystów czyli kompletnie nikt, nic nie robi sobie z szarży. Gdy jednak widzimy jak mocno Carter przywiązała się do dziewczynki, uświadamiamy sobie, że jest to jedna z lepszych, kobiecych postaci w historii sci-fi. Mówię tak dlatego, że niedawno przeczytałem kolejne zachwyty nad Rey z VII epizodu gwiezdnych wojen. Była tam informacja, że wreszcie doczekaliśmy się postaci kobiecej, która nie tylko potrafi komuś przyłożyć ale również się wzruszyć czy okazać uczucia. Jako przykład została podana scena gdy Rey ratuje BB8. Abstrahując od sensu tej wypowiedzi, dotarło do mnie jak mocną i dobrą postacią jest Samantha Carter. Przecież to najczęściej ona ratuje sytuację a i przyłożyć potrafi. Co do wrażliwości to żeby się o niej przekonać wystarczy obejrzeć ten odcinek. Ciekawy odcinek, rozwijający postać Carter oraz poszerzający naszą wiedzę o uniwersum SG. Polecam.