Stargate SG-1: Hathor – recenzja (odcinek 1×14)

Sam nie wiem co sądzić o tym odcinku. Jest na pewno ciekawy (w przeciwieństwie do poprzedniego) jednak ciężko się tu oprzeć wrażeniu, że „już to gdzieś widziałem”. Fabuła mówi tu o niejakiej Hathor, królowej Goauld, która była uwięziona parę tysięcy lat w Meksyku a teraz została uwolniona przez archeologów.                               Niby wszystko ok ale chyba trzeba przywyknąć, że scenarzyści uznali, że podczas panowania Ra, na całej Ziemi rozpanoszyły się całe zastępy Goauldów i innych obcych. Jak już kiedyś wspominałem, chciałbym zobaczyć jak ci „Bogowie” kooperują miedzy sobą i ustalają np. kolejność przejść przez Wrota. Wracając do Hathor, uwolniona kieruje swe kroki prosto pod górę Cheyenne. Pół biedy jak się tam dostała z Meksyku bo to akurat łatwo wyjaśnić jej specjalnymi zdolnościami. Potrafi ona bowiem hipnotyzować mężczyzn którzy stają się w jej rękach bezwolnymi kukiełkami. Moje pytanie jednak brzmi: skąd na Teutatesa ona wiedziała, że tam są Wrota? Przecież za jej czasów, stały one sobie grzecznie w Egipcie…No ale jeśli przymknąć oko na to nie da się ukryć, że ogląda się ten odcinek lekko, ławo i przyjemnie. Co prawda tak jak wspomniałem sam motyw zahipnotyzowania mężczyzn i ratunek przez kobiecą część załogi nie jest niczym nowym ale tutaj jakoś to działa (pewnie przez Carter i Fraisier). Co ciekawe, dowiadujemy się co nie co o Goauldach, a konkretnie o ich sposobie rozmnażania który wydaje się być odrobinę skomplikowany. Potrzeba do niego jakiegoś DNA nosiciela i dopiero potem wykluwają się larwy. Ciekawi mnie w takim razie jak rozmnażają się w naturalnym środowisku bez dodatkowego DNA. Trochę się czepiam bo odcinek naprawdę ciekawy i godny polecenia.