Stargate SG-1: Fire and Water – recenzja (odcinek 1×13)

Niestety, mamy kolejny tragiczny odcinek. Fabuła mówi o powrocie SG-1 z misji bez Daniela Jacksona. Reszta ekipy zgodnie stwierdza, że nasz ulubiony archeolog, zginał na misji.                      Oczywiście, bystry widz, domyśla się, że to nieprawda i, nie zgadniecie: ma rację. Daniel jest bowiem porwany, przez jakiegoś dziwnego, morskiego obcego który był na Ziemi w czasach Babilonu (nawet nie chce mi się mysleć o chronologii i co ten obcy tam robił). Ponieważ zostawił u nas ukochaną, próbuje teraz dowiedzieć się od porwanego członka SG-1 co się z nią wydarzyło, gdyż, jak się okazuję ludzie posiadają pamięć genetyczną, tylko o tym nie wiedzą albo potrafią sobie przypomnieć każdy fakt poznany w życiu -to niekoniecznie swoim. Co ja mam, wam napisać? Ten odcinek nie jest głupi jak „Emancipation” w zasadzie jest nawet sensowny a być może na papierze pomysł wydawał się atrakcyjny. Jednak dostaliśmy odcinek, który jest po prostu nudny. Myślę, że nawet ktoś rozpoczynający przygodę z serialami nie da się nabrać na twist tego odcinka. Do tego kompletnie mnie osobiście nie interesował problem Nema (wodny obcy). Gdybyśmy go poznali trochę wcześniej a scenarzyści pozwoliliby mi się z nim zżyć to mógłbym mu współczuć. A tak dostaliśmy najnudniejszy jak dotąd epizod serialu.