Stargate SG-1: Bloodlines – recenzja (odcinek 1×12)

Odcinek który poszerza naszą wiedzę na temat Teal’ca. Dowiadujemy się, że ten wielki wojownik ma żonę i syna, który już niedługo ma zostać poddany rytuałowi Printa czyli wprowadzeniu do brzucha symbionta i tym samym, stanie się Jaffa.  Aby uchronić swoje potomstwo, były przyboczny Apofisa, zabiera SG-1 na Chulak (planetę z pilota) gdzie spotyka swego mistrza Bratac’a i radośnie ratuje swego syna, co jednak nie do końca mu się udaje.A dlaczego nie osiągnął pełnego sukcesu? Z dwóch powodów: Daniel Jackson okazał się bardziej impulsywnym człowiekiem niż nam się wydawało oraz scenarzyści póki co nie chcą, żebyśmy zbadali/zdobyli technologie obcych. Czy to ciekawy odcinek? Mim zdaniem jest to mocny średniak. Dowiadujemy się jak powstają Jaffa, poznajemy mistrza Tealca i to jest chyba najważniejsze, co trzeba wyciągnąć z tego odcinka. Co ciekawe widzimy też, że ziemianie próbują zbadać symbionta Tealca aby dowiedzieć się w jaki sposób, regeneruje on siły swego nosiciela. To bardzo ciekawy wątek i szkoda, że jest tu trochę na uboczu podobnie jak dziwny jest moment w którym Daniel rozstrzeliwuje magazyn goauldów. Takiego zachowania spodziewałbym się bardziej po Jacku. Trochę dziwnie wygląda „desant” na Chulak w strojach kapłanów które prawdopodobnie uszył sam Tealc. Trochę to wszystko niewiarygodne (nawet jak na ten serial). Jednak odcinek rozwija świat Stargate, pozwala lepiej poznać naszego małomównego kosmitę i przede wszystkim wprowadza mistrza Bratac’a, więc warto zasadniczo go obejrzeć.