Star Trek TAS: The Counter-Clock Incident– recenzja (odcinek 2×06)

I oto jest. Ostatni odcinek najgorszej serii Star Treka (oprócz „Discovery” rzecz jasna). Czy ostatni odcinek zrehabilituje się za poprzednie? Czy tym razem unikniemy festiwalu głupoty?       Odpowiedź na powyższe pytania brzmi „nie”. Enterprise próbując uratować nieznany mu statek (rozwijający niesamowitą prędkość 32 warp) wpada w supernową podczas wybuchu i przenosi się do innego wymiaru, gdzie wszystko jest odwrotnie. Czas się cofa, ludzie rodzą się starzy i młodnieją i tego typu dziwne historie. Gdyby ten pomysł trochę podrasować, nie traktować go tak dosłownie wewnętrznie sprzecznie (no bo dlaczego załoga cofnie się do wieku niemowlęcego w 20 minut a mieszkańcy tego wymiaru mają całe życie?) mogłoby wyjść coś w miarę ciekawego. Niestety twórcy wymyślili tego potworka i postanowili jak najszybciej usunąć z tamtą naszych bohaterów. Czyli jest jak zwykle, nudno i głupio.

A ponieważ to ostatni odcinek czas na krótkie podsumowanie serii. Wydaje mi się, że jest ona ofiarą swoich czasów oraz swojej formy. Wtedy nikomu nie przyszedł do głowy pomysł animacji dla dorosłych w związku z czym nie do końca wiadomo, kto ma to oglądać. Treść raczej nie jest dla dzieci a i animacja jest tragiczna. Pewnie gdyby były to pełne 45 minutowe odcinki (nawet animowane) to część historii mogłaby się obronić.Wtedy moglibyśmy docenić, wprowadzenie nowych ras i pokazanie rzeczy, których w produkcji aktorskiej byśmy nie uświadczyli. W tej formie, niestety nie broni się to na żądnym polu. Uciekajcie od tego.