Stargate SG-1: The Torment of Tantalus ? recenzja (odcinek 1×11)

Znów świetny odcinek. Zaczynam podejrzewać, że scenarzyści się zmieniają i dlatego co drugi odcinek jest świetny. W tym konkretnym epizodzie, dowiadujemy się, że Wrota zostały otwarte już wcześniej i to w latach 40. Jak się okazuję, przeszedł przez nie narzeczony Catherine znanej nam z filmu kinowego. Nasza dzielna załoga, niewiele się zastanawiając i przy okazji lekceważąc wojskowy rygor, rusza w odsiecz za Ernestem przy okazji zabierając ze sobą Catherine. To jest trochę dziwne, że cywil nawet tak obeznany z tematem Wrót może przez nie przejść wbrew rozkazom.  Na obcej planecie zaś, okazuję się, że jej ukochany odnalazł miejsce spotkań czterech ras które odbyły się kilka eonów temu. Odcinek jest naprawdę mocny dlatego właśnie, że tworzy niesamowite uniwersum. Dowiadujemy się, że Wrota nie są wynalazkiem Goauldów (co jest całkowitą nowością )a widok rozsypującego się miejsca spotkań robi wrażenie. Wystarczy odrobina wyobraźni, żeby zobaczyć jak wyglądały te spotkania. Następnie scenarzyści ukazują nam galaktyczną bibliotekę gdzie zgromadzona jest wiedza starożytnych, obcych ras. Jak dla mnie świetna sprawa. Do tego ciekawa postać Ernesta, który przeżył samotnie pięćdziesiąt lat, czekając na ratunek. Jego zachowanie jednocześnie jest zabawne i smutne gdy dociera do nas, ile wycierpiała ta postać. Mocny kolejny odcinek który pokazuję jaki olbrzymi potencjał drzemie w tym serialu. Oby tak dalej.