„Jurassic World – Upadłe Królestwo” – recenzja

Zacznę od tego, że do serii „Jurassic Park” mam ogromny sentyment, bo pierwsza część to jeden z pierwszych „poważnych” filmów, które oglądałem jako młody nastolatek, a książka Michaela Crichtona była cezurą, która oddziela wcześniej czytane powieści młodzieżowe od dorosłych książek Grishama, Clansy’ego, czy właśnie Crichtona. Zresztą… Kto pamięta lata 93-94 ten kojarzy ten niesamowity wybuch zainteresowań paleontologią. 🙂 Co tam się działo… Gry, koszulki, nawet szkielet T-Rexa do kupienia w kiosku Ruchu. 🙂 Przez Parkiem Jurajskim tego nie było.

Dlatego smuci to, że każda kolejna odsłona serii była – jakby to delikatnie powiedzieć – gorsza od pierwowzoru i żadna nie trzymała już poziomu, spójności, zaangażowania i typowego dla Crichtona zakorzenienia w najnowszych osiągnięciach nauki, które można było znaleźć w oryginale. Idąc z Bartasem w kierunku sali kinowej miałem jednak nieśmiałą nadzieję, że tendencja się odwróci i „Upadłe Królestwo” przywróci chwałę serii.

Jakże się pomyliłem…

Już pierwsze sceny filmu pokazują, jakimi kretynami są bohaterowie. Poprzednia część kończy się opanowaniem wyspy Isla Nublar przez dinozaury i ewakuacją wszystkich ludzi. Mijają trzy lata i rozpoczyna się fabuła nowego filmu: w pierwszej scenie na wyspę przypływają najemnicy, których zadaniem ma być odnalezienie i przechwycenie szczątków najgroźniejszej bestii z poprzedniego filmu, czyli Indominus rexa. Czy ktoś przez trzy lata interesował się losem niezwykłych zwierząt? Nie! Czy nasi dzielni wojacy sprawdzili wyspę pod kątem niebezpieczeństw przed przybyciem? Nie! Czy zabezpieczyli się przed ewentualnym atakiem zabójczych dinozaurów? Nie! Co myślą o bezpieczeństwie na wyspie? „Minęły trzy lata. Na pewno wyginęły„. To nie żart! Taką kwestię naprawdę wypowiada jeden z najemników mówiąc o rozmnażających się, dzikich zwierzętach, które zawsze w poprzednich częściach wymykały się spod kontroli!

Chwilę później dostajemy kolejną perełkę. Okazało się, że John Hammond, czyli oryginalny założyciel pierwszego parku z filmu z 1993 roku miał partnera (Benjamin Lockwood, w tej roli James Cromwell), z którym razem tworzyli park i z którym wspólnie klonowali pierwsze dinozaury. W dodatku w piwnicy (sic!). Równie potężnego i bogatego, o którym jakimś cudem nigdy wcześniej nie wspomniano (kolejny zonk!). No więc ten multimiliarder w pewnym momencie mówi o marzeniu Hammonda, którym miało być stworzenie wolnych, żyjących zwierząt. I tu już nie wytrzymałem… Doskonale pamiętam, że motywacją Hammonda było zarobienie kasy, a zasłaniał się radością dzieciaków podczas pobytu w parku. To był businessman, dla którego park był inwestycją i który użerał się z prawnikami i inwestorami. Z pewnością Hammondowi nie zależało na szczęściu dinozaurów… Prędzej wnuków, chociaż ich też wykorzystał, by osłodzić wizerunek parku w oczach ekspertów.

Ta i kilka innych głupot z pierwszych kilku minut seansu ustawiły mój pogląd na resztę filmu i niestety nie umiałem już cieszyć się fabułą, bo idiotyzmy poczynań bohaterów i dziwne zbiegi okoliczności, których wymagał scenariusz rozwalały mi całą radochę w pogromu, jaki ludziom urządziły gady. Co jakiś czas odwracałem się do siedzącego obok Bartasa i wzajemnie pytaliśmy się tylko „co tu się właśnie odpierdzieliło?”. 🙂

Fabuła kręciła się wokół problemu aktywującego się wulkanu na wyspie Isla Nublar i raczej pewnego wyginięcia żyjących tam zwierząt. Cześć ludzi pragnie je ratować (w tym wspomniany Lockwood), część chce pozostawić na wyspie. Oczywiście okazuje się, że pod przykrywką ratowania gadów niecni złoczyńcy chcą na tym zarobić i wykorzystać dinozaury w celach militarnych i trochę to sztampowe, ale ok, niech im będzie. Sam problem jako punkt wyjścia dla fabuły jest interesujący, chociaż mam pewien problem z tak nagłym wybudzeniem wulkanu. Nie jestem specjalistą od geologii, ale to możliwe? No i co by było, gdyby nie wydarzenia z „Jurassic World” i park ciągle by tam działał?

Te niewinne pytania natury naukowo-geologicznej to jednaj nic przy idiotyzmach fabularno-ludzkich. Wyobraźmy sobie scenę: wulkan wybucha, lawa pokrywa coraz większą część wyspy, statek ze złoczyńcami i ostatnimi złapanymi dinozaurami w klatkach odpływa, a na plaży zostaje trójka pozytywnych bohaterów, którzy wskakują do pozostawionej ciężarówki, rozpędzają się na molo, przeskakują kilka (kilkanaście) metrów morza i wpadają na pokład statku. I nikt ich nie zauważa.

Inna scena: wiekowy multimiliarder podłączony do kroplówki i unieruchomiony w łóżku orientuje się, że jego pieniądze i posiadłość są wykorzystywane w niecnych celach i zamiast do ratowania dinozaurów służą złoczyńcom do zarabiania kasy na kolejne paskudności. Co robi zatem w obecności jedynie głównego złoczyńcy? Poleca mu oddać się w ręce policji. Ech… Przypominam: staruszek na skraju życia, w rozmowie w cztery oczy ze złoczyńcą w sile wieku, wyglądającym jak Piotr Kraśko i dobijającym właśnie umowę na kilkaset milionów dolarów z terrorystami, każe mu oddać się w ręce policji. Wiecie, jak bardzo zaskoczyło mnie to, co potem zrobił Piotr Kraśko? Jakie to było zaskoczenie, gdy zabił staruszka? No jakie…? Żadne…

Zresztą Eli Mills, czyli główny złoczyńca też nie grzeszył inteligencją. Jego biznesplan był prosty: sprzedać ocalałe dinozaury, by w ten sposób zgromadzić środki na badanie genetycznych hybryd – o wiele bardziej groźnych od dinozaurów zwierząt, które można byłoby sprzedać temu, kto zapłaci więcej. Wojsko? Terroryści? To nie ma znaczenia. Nawet udało się zrobić prototyp, który nazwano Indoraptorem. Na aukcji zgromadziły się naprawdę ciemne i bogate typy i całość szła całkiem nieźle mniej-więcej do połowy aukcji, gdy ten kretyn postanowił pochwalić się żyjącym pierwszym egzemplarzem indoraptora. Wcale nie było zaskakujące to, że kupujący rzucili się z ofertami kupna pomimo tego, że hybryda nie była wystawiona na sprzedaż. Ale ten skończony idiota poszedł o krok dalej, pogrążył cały biznesplan i sprzedał hybrydę… Głupotę sytuacji musiała wyjawić mu jedna z postaci drugoplanowych: pomysł na monopol szlag trafił, bo konkurencja właśnie zyskała dostęp do materiału genetycznego tego, na czym Mills chciał zarabiać…

Muszę w tym momencie opowiedzieć o finale filmu i ostatnim dużym kretyniźmie, jaki widziałem na ekranie. Po zniszczeniu wyspy akcja przenosi się na stały ląd, gdzie po nieudanej aukcji dinozaury hasają w piwnicy i po piętrach posiadłości Lockwooda. Wiadomo: finalnie indoraptor zostaje pokonany, Piotr Kraśko (tak, wiem… Eli Mills) ginie, wszystko ma się ku pomyślnemu zakończeniu. Właśnie… W podziemiach posiadłości, gdzie trzymane są dinozaury, pęka butla z zabójczym gazem i wszystkim dinozaurom grozi śmierć. Co robią pozytywni bohaterowie? Uwaga, bo teraz będzie grubo! Aby ratować gady wypuszczają je na wolność!!! To nie żart. Na stałym lądzie, w odległości 5 mil od najbliższego miasteczka, wypuszczają T-Rexa, raptora, albertozaura i kilkanaście innych mniej i bardziej groźnych gatunków, by je uratować od uduszenia! A najlepsze, że jest to na ekranie pokazane jako coś pozytywnego…

Już widzę, o czym będzie kolejna część sagi: dinozaury atakują małe, śpiące, niczym nie wyróżniające się miasteczko na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych i robią tam pogrom. Gratuluję…

To tylko kilka przykładów, bo tego typu momentów było w filmie dużo, dużo, dużo, dużo więcej… Scenariusz, motywacja i poczynania bohaterów leżą na całej linii i mówiąc szczerze nie umiem opowiadać o tym filmie nie podając kilku przykładów totalnej głupoty. Scenarzyści zawalili swoją robotę. Żeby być fair muszę jednak oddać honor pozostałym członkom ekipy filmowej, bo realizacja od strony wizualnej i reżyserskiej to pierwsza klasa. Pomimo ogromnych wpadek scenariuszowych przyłapywałem się na tym, że podziwiam aspekty wizualne. Zdecydowanie można tu znaleźć kilka ślicznych ujęć, grę świateł i cieni oraz bardzo interesujące rozwiązania kompozycyjne. Chociażby scena, gdy pojazd w kształcie szklanej kuli wpada do oceanu – dostajemy wtedy kilkuminutowe ujęcie bez cięć, a takie uwielbiam. 🙂 Albo scena w domku, gdy wydaje się, że cień konia na biegunach pada na ścianę, ale okazuje się cieniem indoraptora. Kapitalne jest ujęcie z plakatu, gdy Owen stoi obok T-Rexa, a w tle wybucha wulkan… Wizualnie jest naprawdę bardzo przednio.

Na plus muszę też zaliczyć mrugnięcia okiem do widzów i odniesienia do poprzednich części, których jest bardzo dużo, a które wcale nie są nachalne. 🙂 Claire w pierwszej scenie pokazana od obcasów, napis na lusterku przewróconego samochodu, żółta kurteczka zjadanego kolesia, itd. Tego jest sporo i wyłapywanie takich smaczków może być bardzo ciekawą zabawą dla kogoś,  kto zna poprzednie filmy na wylot.

To jednak niewiele, gdy piękne sceny pokazują idiotyczną fabułę oraz płytkich i jednowymiarowych bohaterów. Film nie niesie ze sobą absolutnie żadnych niespodzianek i zwrotów akcji, a  wszystko można przewidzieć na wiele minut naprzód. Przez dwie godziny jest tylko jeden moment, gdy scenarzyści wznieśli się ponad miałkość i mam na myśli wyjaśnienie pochodzenia dziecięcej bohaterki, Maisie. Cóż z tego, skoro cała tajemnica i jej wyjaśnienie – swoją drogą całkiem niezłe – nie mają absolutnie żadnego wpływu na resztę filmu? Można spokojnie wyciąć te sceny, a film w ogóle na tym nie straci, a fabuła nie zmieni się ani na jotę…

Reszta bohaterów jest robiona tak sztampowo, że bardziej nie można. Nikt nie przechodzi żadnej przemiany, nikt niczego się nie uczy. Każdy jest definiowany przez jedną cechę i od początku wiadomo, że osiłek z krzywą mordą jest zły, Lockwood jest dobrotliwy, Franklin to wkurzający stereotypowy haker, i tak dalej. Nie ma nakreślonych relacji, a jeśli już są (uczucie Owena i Claire, albo traktowanie ich przez Maisie trochę jak rodziców) są nierealne i robione na siłę. Najlepiej nakreśloną relację i chemię czuć między Owenem i Blue, czyli inteligentnym raptorem. To o czymś świadczy, prawda? Aktorzy się starają, ale z tego scenariusza nie da rady niczego wyciągnąć.

Na koniec zostawiam jeszcze jedną wadę, a mianowicie niewykorzystanie Jeffa Goldbluma, który był dość mocno eksponowany w zwiastunach i wydawało się, że odgrywana przez niego postać będzie bardziej znacząca. Niestety nie… Ian Malcolm pojawia się tylko przez może dwie minuty w dwóch scenach.

Podsumowując: według mnie „Jurassic Park – Upadłe Królestwo” to film śliczny, ale bezdennie głupi. Wizualnie wciągający, ale fabularnie miałki. To, czy będzie się Wam podobał zależy w dużej mierze od indywidualnej odporności na kretynizmy i brak inteligencji oglądanych bohaterów. Jeśli ktoś lubi wyłączyć myślenie, ale tak naprawdę wyłączyć, to film może się podobać. Jest dużo dużo gonitwy, przygody, niesamowitej widowiskowości, parę przewidywalnych zwrotów akcji i kilka momentów humoru. Ot! Przepis na letni block-buster. Ja też czasami oglądam produkcje… niezbyt mądre, które mają w sobie to coś, i w których głupota zostaje zasłonięta grą aktorską, tajemnicą i przygodą. „Upadłe Królestwo” jednak dla mnie osobiście przekroczyło tą granicę, gdzie idiotyzmów było już zbyt wiele i za bardzo wpływały na odbiór filmu. Uwierzcie… Nawet „comic relief” w postaci wrzeszczącego Franklina potrafi drażnić.