Stargate SG-1: Brief Candle – recenzja (odcinek 1×09)

Po poprzednim, bardzo ciekawym odcinku, scenarzyści wracają, niestety, do swoich niezbyt wysokich standardów. Tym razem, po raz kolejny fundują nam kulturę starożytnej grecji. Okazuję się, że pewien Goauld prowadził badania nad ludzką ewolucją więc stworzył nanoboty które przyśpieszały starzenie się ludzi. W związku z tym dla ludu tej planety 100 dni to 100 lat. Na nieszczęście Jacka O’Neila zostaje on poczęstowany weselnym tortem (bo rzecz jasna procedury są proste: gdy nieznani nam obcy czymś częstują – smacznego) i nanoboty dostają się również do jego organizmu. Reszta odcinka to rozmyślania pułkownika nad swoim życiem oraz pogoń Carter, żeby znaleźć lekarstwo. Ponownie można to było zrobić ciekawiej. Wystarczyło wykazać się odrobiną kreatywności. Naprawdę nie wiem czemu znowu grecy i dlaczego O’Neil. Przecież mieliśmy już cały odcinek poświęcony tej postaci. Trochę lepiej tu by wypadł Daniel Jackson, który starzejąc się mógłby wspominać o straconej żonie. Tak jak się domyślacie, odcinek nudny i przewidywalny. Praktycznie nic ciekawego poza informacją, że Goauldy prowadzili badania nad naszą rasą. Tak jak przy poprzedni odcinku uważałem, że scenarzyści idą w dobrą stronę tak ten odcinek sprawia, że poważnie boję się odpalić kolejny odcinek. Nieładnie panowie scenarzyści, nieładnie.