Expanse – „It Reaches Out” (sezon 3, odcinek 8, recenzja)

Oj jaki to był odcinek. Totalna petarda, która mnie całkowicie sponiewierała i w zasadzie do teraz zbieram się po tym co zobaczyłem.

Zaczyna się w podobnej dynamice jaki miał odcinek poprzedni, ot po prostu ciąg dalszy historii. Cała flota analizuje materiał filmowy z przelotu Maneo – pilota biorącego udział w wyścigach statków kosmicznych z wykorzystaniem procy grawitacyjnej. Pytania się mnożą, same teorie, przypuszczenia, żadnych konkretów.

Na Rocinante wciąż ekipa dziennikarzy próbuje wycisnąć jak najwięcej informacji od załogi. Sam Holden natomiast próbuje jakoś ogarnąć to co widzi. Boi się, że wizje, jakie ma mogą być związane z zakażeniem protomolekułą. Wątek jest świetny. Z jednej strony dziennikarka węszy i szuka sensacji. Z drugiej, Amos zauważa dziwne zachowanie kapitana i próbuje przetworzyć to co zobaczył. Sytuacja jest delikatna, tajemnicza, co bardzo fajne ma w sobie mocne powiązanie z pierwszym odcinkiem pierwszego sezonu The Expanse – chodzi o niestabilne zachowanie pierwszego oficera Canterburry’ego. Alex i Amos boją się, czy czasem ich przyjaciela nie spotkał ten sam los i również postradał zmysły. Do tego wszystkiego dochodzi zachowanie dziennikarki i jej operatora. Monica robi co może by wydobyć jak najwięcej informacji, tym bardziej, że także widzi, że Holdena coś gryzie. Jednak jeszcze bardziej intryguje niewidomy Cohen, który coś mocno majstrował z systemami Ricinante. Póki co ciężko stwierdzić, czy był zamieszany w intrygę Melby, czy wręcz przeciwnie, działał na korzyść załogi Roci. W każdym razie, wątek ogląda się świetnie.

Bardzo dobrze też wypadł ciąg dalszy historii Melby. Z każdą minutą tego wątku czuć przytłaczające wyrzuty sumienia gryzące kobietę. Wyraźnie ma problem z tym co zrobiła swojemu współpracownikowi, jednak jeszcze bardziej przytłacza ją kolejny krok jej planu, czy detonacja bomby na jednym ze statków ziemskiej flotylli zmierzających ku Pierścieniowi. Widz nadal nie wie, co kieruje takiemu drastycznymi poczynaniami Melby, wiadomo jednak, że to coś musi na tyle poważny powód, że realizacja planu jest ważniejsza od przekonań i moralnych rozterek. Melba coraz bardziej intryguje, a na dodatek jest bardzo dobrze napisana.

No i bum. Od tego momentu akcja przyspieszyła do takich wartości G, że można stracić przytomność. Ostatnie 15-20 minut odcinka ogląda się z zapartym tchem, nie ma czasu nawet na tak błahe sprawy jak oddychanie. Dramaturgia, nerwy, brak czasu, reakcje różnych frakcji na to co się stało. Oj po prostu PETARDA. Akcja na Rocinante rozwala mózg, nawet sceny Holdena w totalnym obłędzie są świetnie zagrane, co raczej nie zdarzało się do tej pory zbyt często w przypadku Stevena Straita się nie zdarzało. Natężenie emocji na metr kwadratowy jest na pokładzie tak duże, że zagina czasoprzestrzeń. Próba zaufania do swojego kapitana, szybkie decyzje, dziwne zachowanie Holdena, do tego jeszcze ekipa telewizyjna. No dzieje się, oj dzieje. Ale oczywiście to nie wszystko, bo na Behemocie jest równie ostro. OPA, jako nowa siła w Układzie Słonecznym musi się właściwie zachować, tym bardziej, że położenie pasiarzy dzięki Melbie nie jest komfortowe. Tutaj też napięcie sięga zenitu – czasu na podjęcie decyzji jest bardzo mało, a do tego sam Behemot pokazuje charakterek. Do końca odcinka, oglądałem go z rozdziawioną gębą i wystarczyło mi dopisać komiksowy dymek „Co tu się odpierdziela?!?!”. A potem ten przeklęty cliffhanger… i znów trzeba tydzień czekać na ciąg dalszy, a ja już w trakcie napisów końcowych ma syndrom odstawienia niczym heroinista 😛

Czy jakiekolwiek podsumowanie jest potrzebne? Odcinek to po prostu totalna rewelacja, serial to arcydzieło bez żadnej konkurencji na rynku – odstawia wszystko o tysiące jednostek astronomicznych. Chwała Jeffowi Bezosowi, że uratował ten kawał fenomenalnego science-fiction!!

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony serialu