Star Trek TAS: Bem – recenzja (odcinek 2×02)

Kolejny nudny i nieciekawy odcinek tej serii. Tym razem na Enterprise zostaje przydzielony niejaki Bem, przedstawiciel nowo poznanej rasy. Posiada on status obserwatora. W związku z tym gdy Kirk wyrusza na misję na pewnej planecie Bem postanawia wyruszyć wraz z nimi. Niestety nie wszystko idzie po myśli Kirka, przez co Bem czuje się zawiedziony. Nie spodobało mi się szczególnie to, że Bem postanowił działać na własną rękę i uciec reszcie ekipy zaś gdy Kirk wraz ze Spockiem go odnajdują ma on do nich pretensje, że źle działają. Niestety potem scenarzyści wprowadzili również tajemniczą istotę, która niczym Bóg pilnuje mieszkańców tej planety. W spotkaniu zaś Kirk vs istota ten pierwszy ją przegaduje co sprawia, że Bem zaczyna rozumieć dlaczego mówią nim „najlepszy kapitan gwiezdnej floty.” Nudno, nieciekawie fabuła nie porywa. Jedyny ciekawy element historii to fakt, że Bem potrafi się „rozdzielać” ale to trochę za mało jak na Star Treka.