Stargate SG-1: Cold Lazarus – recenzja (odcinek 1×07)

Zupełnie nietypowy odcinek SG-1. Zamiast przedstawienia kolejnej starożytnej kultury (strach pomyśleć jaka mogłaby być razem – może słowianie?) dostaliśmy kompletnie inny rodzaj obcych. Zamiast humanoidów mamy tu rasę kryształów, które przy pomocy energii mogą zmienić swoją postać. Jeden z nich zmienia się w Jacka O’Neila co pozwala scenarzystom ukazać tę postać z zupełnie innej strony a nam go lepiej poznać. Tak więc poznajemy jego ból po stracie dziecka, poznajemy też jego byłą żonę no i naprawdę czujemy ich ból po utracie syna. Sama końcówka może nie jest w stanie zmusić do płaczu ale już wzruszyć może. Mamy tu spokojna fabułe, brak kosmicznych wybuchów oraz gnania na łeb na szyje aby pokonać wroga. Zamiast tego zaduma, trochę rozważania o ludzkiej egzystencji, co tak naprawdę jest ważne w życiu. Wbrew pozorom takie pomysły sprawdzają się w gatunku sci-fi. Po za tym fakt, że jest to odcinek koncentrujący się na Jacku sugeruję, że niedługo czekają nas odcinki o pozostałych członkach legendarnego oddziału (i tak właśnie będzie). Scenarzyści spokojnie pokazują nam jak radzić sobie z bolesną stratą a to, że wreszcie zobaczyliśmy obcych z prawdziwego zdarzenia (a nie kolejną ziemską kulturę typu Rzymianie) tylko potęguję ten efekt. Polecam te miłą odmianę.