Stargate SG-1: The First Commandment ? recenzja (odcinek 1×06)

Odcinek o wiele ciekawszy od poprzednich – nareszcie. Tym razem SG-1 zostaje wysłane aby powstrzymać jednego ze swoich, który sam uwierzył, że jest bogiem dla tubylców. Jest ciekawie dlatego, że scenarzyści fajnie pokazują ludzki obłęd czerpiąc pomysł rzecz jasna z „Jądra Ciemności” Conrada albo jak ktoś woli „Czasu Apokalipsy”. Jednak ta stylistyka świetnie się tu sprawdza. W końcu dotychczas z Wrót korzystali bogowie więc dla tubylców logiczne jest kim są przybysze. A z kolei nam  łatwiej w ten sposób nawiązać kontakt. Aż się prosi, żeby ktoś na to wpadł. Problem pojawia się jednak gdy ktoś naprawdę uwierzy, że jest wszechmocny. Dodatkowo okazuję sie, że szaleniec to ex kapitan Carter. Ten wątek jest taki trochę na siłę bo spokojnie można by pociągnąć ten odcinek bez tego ładunku emocjonalnego ale też jakoś specjalnie nie przeszkadza.Odcinek ogląda się świetnie, mamy tu nawiązania do biblii i mitów a szaleiec dość mocno motywuj swoje działanie.. Dodatkowo scenarzyści dodali rozważania o ludzkiej egzystencji. Czego chcieć więcej? Odrobiny humory, żeby nie było aż tak poważnie. Co ciekawe scenarzyści chyba pomyśleli to samo bo dali nam tu również okazję do uśmiechu dzięki czemu mamy okazję odetchnąć od biblijnych nawiązań i wykorzystywanych tubylców. Na początku gdy drużyna lekceważy rozkazy pułkownika co mimo humoru pozwala nam trochę poznać relację w SG- ale i tak całe show kradnie scena gdy Teal’c ma się uśmiechnąć. Bardzo ciekawy odcinek. Polecam.