Stargate SG-1: The Broca Divide – recenzja (odcinek 1×05)

Kolejny średni odcinek. Jest lepiej niż poprzednio  (ciężko to przebić) ale nadal, że tak powiem „szału ni ma”. Przede wszystkim mamy tu mały błąd w postaci kultury którą spotyka nasza dzielna załoga. Jest to bowiem kultura minojska która powstała trochę później niż moment zakopania wrót na Ziemi. Znowu mam wrażenie, że scenarzyści chcieli trochę pobawić się w nauczycieli historii Po za tym mamy tu niestety starą, wszystkim znaną kliszę wirusa który robi krzywdę naszym ludziom ale z przyczyn bardziej nieznanych nie tyka jednego bohatera. No cóż scenarzyści nie postarali się specjalnie. Można to było poprowadzić o wiele ciekawiej, chociażby mogli zarazić się wszyscy i potem byśmy widzieli próby złapania zarażonych no ale twórcy poszli po najniższej linii oporu. Najciekawszym elementem jest to, że wirus powoduje cofanie się naszej ewolucji dzięki czemu mamy dość interesującą scenę z Carter i O’Neilem. Co zresztą tylko potwierdza, że te postacie mają się ku sobieJednak to zdecydowanie za mało żeby uznać odcinek za interesujący tym bardziej, że po sytuacji z Kowalskim badania i to dokładne powinny być na porządku dziennym po każdej podróży przez wrota. A tak po jednej aferze mamy następną. Jedynym ciekawym i ważnym elementem tego epizodu jest wprowadzenie doktor Janet Frasier która jest jednym z moich ulubionych doktorów ze wszystkich serii sci-fi. Podsumowując stwierdzam, że odcinek kiepski ale lepszy niż poprzednia tragedia – mongolska, grecka jest tutaj..