Stargate SG-1: Emancipation – recenzja (odcinek 1×04)

Niestety, tym razem nie mam dobrych wieści. Po całkiem udanych odcinkach scenarzyści zaliczają masakrycznie słaby odcinek. Jest on tak kiepski że prawdopodobnie jest to najsłabszy odcinek serii. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że nasi dzielni podróżnicy trafiają po drugiej stronie wrót na cywilizację mongolską. No dobra niech im będzie, że Goauldy również ich porwali przez wrota. Zastanawiam się tylko, dlaczego skoro Teal’c na początku stwierdza, że świątynia została zniszczona dawno temu to ich cywilizacja się w ogóle nie rozwinęła? Nadal kultywują starym tradycjom, jeżdżą na koniach i nie odkryli jeszcze prochu a raczej nic nie odkryli. Scenarzyści postanowili pokazać nam kulturę mongolską ale nie po to się ogląda Stargate. To przecież nie jest Doctor Who który miał za zadanie być serialem edukacyjnym. Dodatkowo nasi dzielni żołnierze zostają zastraszeni przy pomocy łuków a cała fabuła ma na celu pokazanie , że kobieta (w tym wypadku Carter) jest równa mężczyznom. No cóż, wg mnie Carter nie potrzebuje udowodnienia, że jest twarda (przypomnijcie sobie jej wejście w pilocie) a i sam przekaz jest nieco przestarzały i do tego schematyczny. Odcinek słaby. Oby było takich jak najmniej.