The Rain – recenzja 1 sezonu

The Rain to kolejna produkcja europejska Neflixa a ponieważ, poprzedni tego typu produkt, który oglądałem czyli „Dark” zrobił dla mnie rewelacyjne wrażenie (jedna z najlepszych niespodzianek roku 2017) z tą duńską produkcją wiązałem spore nadzieje. Moją ochotę zapoznania się z „The Rain” wzmogły całkiem ciekawe trailery oraz tematyka postapo, którą bardzo lubię.                                        

Niestety od razu wam powiem, że po seansie byłem zawiedziony. Zasadniczo ta produkcja poległa na wszystkim. Zaczyna się od tego, że główna bohaterka zostaje prawie siłą wyciągnięta ze szkoły przez swojego spanikowanego ojca, który zawozi ją i resztę rodziny do bunkra. Muszę przyznać, że pomysł pokazania katastrofy z perspektywy osoby za nią odpowiedzialnej wydał mi się intrygujący. Zazwyczaj w tego typu produkcjach mamy głównego bohatera totalnie zagubionego w sytuacji. Jednak tutaj scenarzyści nie odważyli się na tak śmiały krok. Dość szybko ojciec zostawia resztę w bunkrze i od tego momentu zaczyna się parada absurdów i nielogicznych zachowań bohaterów. Debilna śmierć pewnego bohatera sprawia, że rodzeństwo zostaje samo w bunkrze. Aby się trochę rozerwać po traumatycznych przeżyciach tego dnia postanawiają sobie potańczyć. Ja osobiście po upadku cywilizacji, zamknięciu w bunkrze i opadach toksycznego deszczu nie miałbym ochoty potańczyć, ale widać w Danii panują inne obyczaje.

Niestety dalej nie jest lepiej. Nasi bohaterowie wychodzą z bunkru po 6 latach (w totalnie idiotyczny sposób) i spotyka nastoletnią brygadę RR, do której się dołącza, aby odnaleźć ojca. Podczas kolejnych odcinków poznajemy wszystkich członków tej zacnej ekipy, bo scenarzyści postanowili skopiować schemat odcinków z „Lost”, czyli każdy odcinek to retrospekcja o jednym z członków grupy. Niespecjalnie to działa jako, że postacie są płaskie i bez wyrazu. Co więcej, scenarzyści mają dziwną fiksację na temat seksu. Ponieważ głównymi bohaterami są nastolatki, miłość spada szybko i niespodziewanie. Niestety muszą nam o tym uświadomić scenarzyści, bo chemia między bohaterami jest podobna do tej pomiędzy Batmanem a Mr. Freezem, czyli jest dość chłodna 🙂 Ciekawym wyjątkiem od idiotyzmów jest odcinek z sektą, gdzie scenarzyści rzeczywiście stworzyli pewną tajemnicę (łatwą do odkrycia ale ciekawie poprowadzoną). Jednak pod koniec twórcy przeszli samych siebie sceną, w której deszcz okazuje się już nie trujący – fajnie, że przez cały serial widzieliśmy efekt tytułowego deszczu 3 razy . Sama końcówka jest zaś wyjątkowo żenująca i nie dająca żadnych złudzeń – szykuję się drugi sezon.

Aktorsko też niestety nie jest za dobrze. Młodzi aktorzy się starają, ale albo zabrakło warsztatu, albo talentu, albo reżyserii. Jednak mimo tych wszystkich złych słów chciałbym wam powiedzieć, że cały czas czułem potencjał tej produkcji. To nie jest totalne dno, którego nie da się oglądać. To produkcja, która podrasowana i wyczyszczona z kretyńskich pomysłów scenarzystów mogłaby być całkiem miłym zaskoczeniem. A tak niestety moja ocena to 4/10. I prawdę mówiąc liczę na kasację. Zamiast wydawać na to pieniądze niech Netflix lepiej kupi i uratuje „Expanse”.