„Avengers: Wojna bez granic” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

Kolejna odsłona serialu MCU za nami i kolejne wyjście grupowe do kina zaliczone. Jak nam się podobał film i czy było warto? O tym poniżej.

Recenzja według Śmiecha

Wszyscy o tym mówią, a ja się z tym zgadzam i też to zdanie powtórzę: zrobienie takiego filmu, zebranie wszystkich aktorów, połączenie wielu wątków fabularnych i utrzymanie wszystkiego w ryzach nie było łatwym zadaniem, ale jakimś cudem wszystko od strony logistycznej się udało i powstała bardzo udana produkcja. Na ekranie pojawiają się co chwilę twarze widziane w poprzednich filmach (np. gruby kumpel Spider-mana, czy Czerwona Czaszka) i odnajdywanie tych postaci sprawia dużą frajdę. Nawet pomimo tego, że widzimy je tylko przez moment. Tym większy szacunek dla twórców i aktorów: jak im się to udało?

No i tu mam pierwszy niewielki problemik z filmem: bez wiedzy o wydarzeniach z poprzednich odsłon MCU nie ma co mówić o wychwytywaniu niuansów i odniesień (co w sumie nie jest kłopotem), ale również brak tu informacji o samych postaciach, ich charakterze i motywacji, a to dla osób rozpoczynających przygodę z MCU będzie dużą przeszkodą. Nie ma tu w ogóle wstępu, wprowadzenia bohaterów, czy ekspozycji. Z drugiej strony twórcy zdają sobie sprawę z tego, że gdyby robili jakiś typowy wstęp i wprowadzenie, to nie mieli by na nic czasu, więc po prostu tego nie robią. Mówiąc inaczej: to nie film, tylko kolejny odcinek serialu trwającego już 10 lat i – podobnie jak w „Modzie na Sukces” czy innym „Power Rangers” – zaczynanie od środka to po prostu zły pomysł. Przynajmniej tak mi się wydaje, ale tu trzeba by zapytać o zdanie Dellasa, który wybrał się z nami do kina, a który – jak się sam przyznał – nie jest na bieżąco z MCU. 🙂 Jak jednak pisałem: to niewielki problem, bo przy odrobinie chęci można sobie wcześniejsze odcinki serialu obejrzeć w domu (co dzielnie przez ostatni miesiąc robił Bartas).

Wracając jednak do filmu… Ilość bohaterów i ograniczenia czasowe nie pozwoliły na skupianiu się na nich i jakiś ich rozwój, więc twórcy rozsądnie stwierdzili, że nie będą tego robić. Zamiast tego po raz pierwszy dostaliśmy więcej informacji o Thanosie – głównym złym w tej części serialu, oraz zakulisowym złoczyńcy w kilku wcześniejszych odsłonach serii. I co tu dużo mówić: jest niezły i wiarygodny w swoim szaleństwie. Według mnie raczej nie jest najlepszym złoczyńcą w MCU (palma pierwszeństwa pozostaje chyba przy Lokim), ale z pewnością jest w pierwszej piątce. Przede wszystkim jego plan jest bardzo prosty (i nie ma tylu dziur, co plan Zemo), a w motywację pokazaną na ekranie łatwo uwierzyć. No i nie opiera się na zemście (jak większość złoczyńców), tylko wierzy w dobro i konieczność tego, co robi. Nawet zabijając miliardy istnień. To taki cholernie niebezpieczny i przypakowany szaleniec.

Oprócz złoczyńcy i realizacji film opera się na kilku filarach, a jednym z nich są relacje między postaciami, które tutaj podzieliły się na dość niespodziewane grupki. Szczególnie przypadła mi do gustu przyjaźń Thora i Rocketa. Widać chemię, szacunek, no i sporą dawkę humoru. Tylko Thor mógł sprawić, że Rocket, który normalnie jest dość zapalczywy i wkurza się za niedocenianie go, tutaj godzi się na nazywanie go „królikiem”. Inny przykład to spotkanie dwóch postaci o największym ego w całym MCU, czyli Iron Mana i Doktora Strange’a. 🙂 Przykłady można mnożyć, a ogląda się to znakomicie.

No i czym byłby film Marvela bez tego specyficznego humoru? 🙂 Jak zwykle pojawienie się na ekranie Draxa i jego teksty powodują, że od razu na twarzy pojawia się uśmiech.

Skoro jest tak dobrze, to w czym kłopot? Cóż… Znając poprzednie części serialu MCU i rozumiejąc reguły rządzące pokazanym uniwersum nie wszystko już zaskakuje tak, jak to było jeszcze kilka lat temu. Od początku wiadomo, że „ci dobrzy” najpierw dostaną po tyłku i nawet przez moment będzie się wydawać, że „zły” wygra, ale tak na prawdę to będzie tylko podpucha. I co z tego, że Tanos wygrał i zabił połowę bohaterów? 🙂 Przecież „Wojna bez granic” to tylko wstęp do kolejnego filmu o Avengersach o roboczym tytule „Infinity Wars 2”. Wszyscy zmartwychwstaną. Realizacyjnie jest super, relacje i chemia między postaciami też są kapitalne. Rzecz w tym, że MCU jest w tej chwili klasa samą w sobie. Gdyby taki film zrobiło DC byłbym zachwycony. 🙂 Ale mówiąc nieładnie, Marvel przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu i zrobienie filmy poprawnego powoli przestaje już wystarczyć, żeby film się wybił. Nie ma tu wyróżnika: w „Zimowym Żołnierzu” mieliśmy ciągotki szpiegowskie, Guardiansi opierają się na większej dawce humoru i nostalgii do lat 80-tych (zresztą podobnie, jak ostatni Thor). Doktor Strange to humor slapstickowy, itd. Zrobienie dobrego filmu o superbohaterach, z wyrazistymi postaciami, który traktuje świat przestawiony na poważnie było ogromnym sukcesem 10 lat temu, gdy powstawał pierwszy Iron Man. Wychodzi coś w stylu Czarnej Pantery: bezpiecznie dla producentów, z pewnym zwrotem wyłożonej kasy i obliczone na zachwyt statystycznie największej liczby widzów.

To, że nie zachwycam się bardziej filmem (i że po seansie według Bartasa wyglądałem, jakby mi się w ogóle nie podobało), to raczej kwestia moich oczekiwań (wolę, gdy jest więcej humoru i mniej patosu), braku jakiegoś wyróżnika na tle reszty MCU i ogólnego zmęczenia całym serialem. Po prostu zaczyna brakować mi powiewu świeżości i chyba wolę teraz czekać kino superbohaterskie w wykonaniu nadciągającego Deadpoola.

Podsumowując: jest ok, a nawet bardzo ok i nie ma do czego się przyczepić. Tylko MCU zaczyna mi się powoli przejadać.

Recenzja według Wookiego

Jeśli chodzi o mnie, to się za to bardzo miło zaskoczyłem trzecią odsłoną Avengersów. Przede wszystkim twórcy nie spieprzyli Thanosa. Od pierwszej sceny w filmie od razu zrozumiałem, dlaczego to tak potężną postać, a z każdym kolejnym aktem Thanosa co raz bardziej lubiłem. Cieszę się właśnie, że tak poprowadzono fabułę, że zamiast przypominania nam charakter poszczególnych bohaterów MCU, ten czas wykorzystano na przedstawienie nam głównego złola. Dzięki temu stał się dla mnie bardzo wiarygodny i dodatkowo cenie sobie to, o czym wspomniał przede mną Śmiecho – nie ma tutaj żadnej zemsty, czy innego wyświechtanego motywu, a motywacja naszego fioletowego bruzdobrodego potrafi przekonać. Co więcej, dzieci Thanosa również mi przypadły do gustu. Każdy z nich był całkowicie odmienny, nie miał za wiele czasu antenowego, a również od razu było czuć od nich moc. Moim ulubieńcem był mag-pilot wielkiego kosmicznego donuta.

Rewelacja jest też pod względem relacji między znanymi nam już bohaterami. Mieszanka Star-Lord, Iron Man i doktor Strange to petarda. Podobnie z resztą wspomniany tandem Thor-Rocket. W zasadzie wszystkie postacie tutaj dają radę – Bruce Banner też błyszczał, Spider-man i jego geekowa osobowość bawiła jak zawsze, nawet Bucky miał swoje momenty, mimo że za wiele na ekranie go nie było. No właśnie a propos czasu ekranowego… moim zdaniem akcenty były rozłożone perfekcyjnie. Wiadomo, że nie każdy z Avengersów i spółki miał go tyle samo, ale z drugiej strony niewiele postaci tak naprawdę zabrakło, a i tak przewiduję, że będą miały swój czas w części czwartej (mówię tutaj oczywiście o Hawkeye’u i Ant-manie).

Fabuła również mnie nie zawiodła. Jak na dobrego blockbustera przystało, było bardzo dużo akcji, nie dało się w zasadzie nudzić. Tego się spodziewałem i to właśnie dostałem. Ogólnie nie mam zastrzeżeń. Było często epicko – bitwa znana ze zwiastunów daje radę, a mniejsze potyczki również cieszyły oko. Co ważne, wszystko to było tak spięte fabularnie, że nie czuło się, że jakiekolwiek mordobicie jest wstawione do filmu na siłę. Mógłbym się natomiast przyczepić do dwóch rzeczy. Po pierwsze, temat Kamienia Duszy. Jak na jedyny kamień nieskończoności, o którym nic nie wiedzieliśmy, to wyjaśnienie gdzie się znajduje i jak go zdobyć, było bardzo słabe i do tego okraszone wyświechtaną już w kinie kliszą. Ogólnie cała scena związana z jego pozyskaniem przez Thanosa była moim zdaniem słaba, na siłę i jakaś taka niepotrzebna. Po drugie finał – przez takie a nie inne rozwiązanie za bardzo mnie nie poruszył, a na dodatek i tak wszyscy się spodziewają, że zostanie to wszystko odkręcone zaraz na początku czwartej części, zatem pozostał lekki niesmak na koniec.

Humor, o czym już wspomniał Śmiecho, rewelacyjnie wpasowywał się w całą historię. Tam gdzie się go można było spodziewać, tam go dostawaliśmy. Zatem Star-Lord jest sobą, Drax nadal ma genialne wstawki, wspomniany Spider-man robi swoje, można by tak wymieniać jeszcze długo. Najważniejsze, że humor jest idealnie wyważony. Też lubię, podobnie jak Śmiecho,  więcej komediowych wstawek dlatego uwielbiam Strażników Galaktyki i Deadpoola, jednak uważam, że w przypadku Avengersów dali nam optymalną dawkę humoru, bo przecież patosu i pompatyczności nie może zabraknąć w filmie tej rangi. Na zwrócenie uwagi zasługuje kompletnie nowa postać krasnoluda grana przez Petera Dinklage’a – kolejna rewelacja tego filmu. Realizacyjnie, mucha nie siada i tego w zasadzie można było się spodziewać. Muzyka jak najbardziej ok na dodatek pochwała za to, że była charakterystyczna dla postaci w danym momencie na ekranie – po odpowiednim kawałku będziecie wiedzieć, kiedy zaraz na ekranie pojawią się Strażnicy Galaktyki 😉

Jak zatem oceniam „Wojnę bez Granic”? Jest to według mnie jeden z najlepszych filmów MCU. Oczywiście nie jest w stanie przebić moich ulubionych Guardiansów, ale spokojnie może zająć kolejne miejsce w rankingu ex aequo z Thor: Ragnarok. Zdecydowanie czuć było epickość i fakt, że jest zwieńczenie 10 lat historii superbohaterów Marvela na srebrnym ekranie. Bawiłem się w kinie rewelacyjnie, nie wiedziałem nawet kiedy przeleciał ten czas, zatem nie może być innej oceny jak 8/10. Polecam i to koniecznie trzeba obejrzeć ten tytuł w kinie.