Expanse – „Assured Destruction” (sezon 3, odcinek 3, recenzja)

Trzeci odcinek to tylko lekkie zwolnienie tempa, jednak petardy nie zabrakło na koniec 🙂 Na Ziemii Errinwright próbując ratować swój tyłek dąży do coraz większej eskalacji konfliktu z Marsem. Przyznam, że sam już mam wątpliwości, czy działa z pobudek egoistycznych, czy faktycznie wierzy, że eskalacja i atak wyprzedzający to najlepsze rozwiązanie dla Narodów Zjednoczonych. W tym wątku coraz bardziej podoba mi się postać Sekretarza Generalnego i trochę źle oceniłem go w poprzedniej recenzji. Nie jest on aż tak naiwny i bezmyślny, jak sprawiał wrażenie na początku sezonu.  Czuć w każdej scenie ogromny ciężar jaki spoczywa na jego barkach. Widać, że stara się przemyśleć decyzję o ataku najlepiej jak tylko może. Problem w tym, że w tym samym czasie Errinwright nie zasypia gruszek w popiele i ostro dąży do wyznaczonego przez siebie celu. Dla mnie robi się to trochę naiwne, że jeszcze nikt się nie połapał, że Errinwright coś kombinuje, bo jego ruchy stają się moim zdaniem bardzo czytelne. Mimo wszystko jednak bardzo ożywił nam się wątek ziemski w tym sezonie i z odcinka na odcinek jest coraz ciekawiej, nowa postać pani pastor Anny Volovodov nadaje sporo świeżości i przestrzeni dla potoczenia się akcji tego wątku.  Natomiast zakończenie tego odcinka związane z podjęciem ostateczniej decyzji przez Sekretarza Generalnego Gillisa to ta wspomniana na początku petarda. Cała akcja jest pełna napięcia oraz ma zaskakujące, kładące na łopatki zwieńczenie. Mnie w tym momencie zamurowało z zachwytu, jak historia tego uniwersum jest prowadzona – jest grubo i oby tak dalej!

Nie będę jednak ukrywał, że najbardziej jednak mnie wciąż interesuje wątek Rocinante, która zyskała dwóch nowych załogantów. Oglądanie budujących się relacji między Bobby Draper i Christjen Avasarali a Holdenem i spółką to czysta przyjemność. W prawdzie zabrakło mi tego flow, które było czuć w książkowym pierwowzorem, ale mam nadzieje, że na to jeszcze przyjdzie czas. Nie ma tutaj faworytów, po prostu delektowałem się wszystkimi rozmowami na pokładzie Roci. Niby nic się nie działo, tylko gadające głowy, a jak chłonąłem tą historię niczym ameba pantofelka.

Co ciekawe, ten odcinek otwiera nam nowy wątek, mianowicie podjęcie rozbitka Cotyara przez okręt flagowy jowiańskiej floty ONZ „Agathę King”. W końcu, po takim czasie, mamy szansę przyjrzeć się ziemskim statkom kosmicznym i wyszło to twórcom rewelacyjnie. Nawet, gdyby nie było to podkreślane przez adminarała Southera, sam obraz wnętrza okrętu już mówi, że flota Narodów Zjednoczonych jest dużo mniej zaawansowana i dużo starsza niż marsjańska. W porównaniu do „Donnagera” „Agatha King” to wyklepany, zaszpachlowany, przerdzewiały fiat 126p, w którym siadają podstawowe systemy. Sam wątek też jest ciekawy i możemy być spokojny, że będzie dość istotny, ponieważ zarówno sam okręt jak i przybyły na niego admirał Nguyen byli kluczowi dla losów Układu Słonecznego w książkowym oryginale.

Jest też wątek Io i ciąg dalszych eksperymentów Pierre’a-Julesa Mao, jednak podobnie jak w poprzednim odcinku tutaj wszystko dzieje się powoli i historia „czeka” na kulminację. Jednak nawet tutaj jest ciekawie – widzimy diametralną zmianę w działaniach szefa całego przedsięwzięcia i póki co jeszcze nie wiem, czy jest to tylko impuls emocjonalny, który minie, a wszystko wróci do nieludzkiej normy, czy faktycznie jest to zmiana na stałe. Widać jednak, że nie wszystkim taki obrót sprawy się podoba. Niestety zmierza to wszystko do wyświechtanej kliszy opamiętania się w szale pod wpływem nostalgii oraz zdrady i obalenia osłabionego władcy. Obym się mylił i mnie ten wątek jeszcze zaskoczył.

Jak już zauważyliście na koniec zostawiam sobie smaczki z budowania uniwersum Expanse i tutaj „Assured Destruction” również mnie nie zawiódł. Konsekwentnie twórcy pokazują nam cuda techniki medycznej, tym razem jest podobnie w kontekście leczenia bliskiej zgonu Christjen. Jednak nie to było najlepsze. Tym razem wrażenie zrobiły na mnie marsjańskie bojowe platformy zbudowane w technologii kosmicznego stealth. Bardzo ciekawa koncepcja ich umieszczenia w przestrzeni kosmicznej w taki sposób, aby działały na zasadzie broni odstraszającej. Głowice nich umieszczone też robią wrażenie, ale nie chciałbym się już wdawać w więcej szczegółów aby nie odebrać wam przyjemności oglądania tego odcinka.

Moje podsumowanie jest chyba w zasadzie znów zbędne. Polecam ten serial niezmiennie, a „Assured Destruction” trzyma wysoki poziom i na pewno nie powinien zawieść nikogo.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony serialu