Stargate SG-1: Children of the Gods – recenzja (odcinek 1×01, 1×02)

Pilot serialu SG-1 ma spełnić parę zadań: wprowadzić dwie nowe postacie (Carter i Teal’c), pokazać nam nowego wroga (Apofisa) i wytłumaczyć nam skąd ten wróg się wziął. Z pierwszego zadania scenarzyści wywiązali się w połowie. Wprowadzenie pani kapitan Samanthy Carter jest mocne (słynne zdanie o wewnętrznych narządach) a i sama postać ciekawa, sympatyczna i momentalnie czuć chemię pomiędzy nią a Jackiem O’Neillem. Niestety wprowadzenie Tealca już takie dobre nie było. Wiemy o nim tylko tyle, że był przybocznym Apofisa, ale z jakichś względów postanowił go zdradzić i przyłączyć się do radosnej grupy zwanej SG-1. Poznamy go w dalszych odcinkach, ale w pilocie jakoś specjalnie nie błyszczy. Drugie zadanie wyszło z kolei bardzo dobrze. Poznajemy dokładnie naszego wroga i jego rasę a nawet sposób rozmnażania. Z całą pewnością jest to ciekawe i intrygujące. Warto tu zauważyć, że w filmie kinowym nie mówiono nic o pasożytach Goauld, ale jest to dość fajne rozwinięcie wątku obcych w świecie Stargate.

Co do trzeciego zadania to również moim zdaniem scenarzyści dobrze wybrnęli z problemu, że wrota prowadzą tylko na Abydoss. Faktycznie pomysł, żeby istniała cała sieć gwiezdnych portali jest pomysłem ciekawszym i lepszym. Co prawda w scenie na Abydoss podczas rozmowy między Jacksonem a Carter pojawia się masa głupot i dziwnego technobełkotu, ale jestem w stanie im to wybaczyć. Co do Jacksona i O’Neilla to zarówno pierwszy jak i drugi ciekawie rozwijają role znane z filmu. Szczególnie Jack (bo Jackson jest nadal tym samym postrzelonym naukowcem) jest dobrze rozwijany przez Richarda Deana Andersona, który dał tej postaci odrobinę humoru i cynizmu. Smaczkiem jest tu generał Hammond, który jest po prostu genialny. Reasumując odcinek pilotażowy serialu spełnia najważniejsze zadanie: zaciekawia na tyle, żeby obejrzeć kolejny odcinek.