Zagubieni w Kosmosie (2018) – sezon 1, recenzja

Od 13 kwietnia mamy możliwość obejrzenia dziesięcioodcinkowego serialu „Zagubieni w Kosmosie”. Jak ten serial przypadł mi  ( lub nie ) do gustu ? Zapraszam do lektury.

Geneza:

Warto poświęcić parę słów na historię serialu, bo trzeba wiedzieć, że to jest remake serialu o tym samym tytule z lat sześćdziesiątych, a dokładniej z 1965 roku. Serialu tego niestety nie oglądałem, więc trudno mi się na ten temat wypowiadać, ale ogólnie rzecz ujmując rodzina Robinsonów w statku Jupiter 2 gubi się w kosmosie. W podróży towarzyszami są robot, pilot West, oraz Doktor Smith, który przez sabotaż statku spowodował całą ta sytuację (czyli doprowadził do zagubienia w kosmosie). Co ciekawe, pierwszy sezon był czarno-biały, zaś drugi i trzeci kolorowe. Serial składa się z 83 odcinków. Interesujący wydaje się fakt, iż w serialu wystąpiły historie fabularne rozciągające się na 2-5 odcinków. Co więcej, serial miał dwa odmienne podkłady muzyczne do czołówki, obie melodie moim zdaniem były zwariowane.

W 1998 do kin zawitał film pełnometrażowy  „Zagubieni w Kosmosie”. Mamy tu podobną fabułę: Dr. Smith (grany przez Gary’ego  Oldmana) dokonuje sabotażu statku, czego skutkiem jest zagubienie  w kosmosie. Po drodze pilot West (Matt LeBlanc, czyli  Joey z Przyjaciół ) napotyka statek ratunkowy, w którym zalęgły się dziwne kosmiczne pająki. Krótko mówiąc załodze udaje się uciec z tarapatów, zapowiadając jednocześnie kontynuację… której nigdy się nie doczekałem, gdyż film nie przyjął się najlepiej.  Z mojej strony dodam, iż do tej ekranizacji stworzono bardzo oryginalny model statku Jupiter 2.

 

W 2004 został nakręcony pilot serialu „ Robinsons: Lost In Space” w reżyserii Johna Woo, który nie uzyskał akceptacji na produkcję i teraz można go odnaleźć w Internecie jako ciekawostka do obejrzenia ( jeszcze bez wszystkich efektów specjalnych). Fabularnie trochę różni się od oryginału. Mamy tu statek-matkę Jupiter, którym koloniści lecą do nowego świata. Statek zostaje napadnięty przez obcych, przez co rodziny muszą ratować się w kapsułach ratunkowych. Robinsonowie trafiają do kapsuły oznakowanej „Jupiter 2”, i aby uciec przed napastnikami używają tak jak w oryginalnym  serialu i filmie pełnometrażowym,  hipernapędu i gubią się w kosmosie. W serialu nie ma postaci Dr. Smitha, za to pojawia się dodatkowe dziecko David, który zostaje porwany przez kosmitów. Są dwie ciekawostki związane z tą produkcją. Pierwsza to aktorka grające córkę Judy, to niejaka Adrianne Palicki. To czytając PIFKOwe recenzję powinniście ją kojarzyć z roli pierwszego oficera Kelly Grayson ze statku Orville. Drugą ciekawostką jest fakt, iż scenografie wykorzystano jako wnętrze statku Pegasus  z serialu Battlestar Galactica.

2018 – Zagubieni w kosmosie – obecne czasy.
Serial czerpie inspiracje ze wszystkich wyżej wymienionych produkcji. Zatem z oryginalnego serialu mamy skład rodziny Robinsonów, mamy panią Doktor Smith, która dla odmiany nie jest sabotażystą statku, ale ma inne korzenie ( nie będę zdradzał jakie ). West został zamieniony z pilota na mechanika, ale jego postać nadal jest zabawna. Z filmu pełnometrażowego jest zaczerpnięty wątek ”ginącej” Planety Ziemi i potrzeby kolonizacji innych odległych planet. Co ciekawe, z pilota z 2004 roku zaczerpnięto motyw Statku matki, tu nazwanego Śmiałkiem, do którego podczepione są wszystkie Jupitery.. ahm chciałem powiedzieć Jowisze.

 

Fabuła:

Tak jak już wcześniej wspomniałem wyrusza kolejna ekspedycja kolonizacyjna na Alpha Centauri. Jednak podczas lotu Śmiałek zostaje uszkodzony. Rodzina Robinsonów ratuje się w swoim przyszłym statku/domie:  Jowiszu 2, który rozbija się na obcej planecie. Od tego momentu rozpoczyna się walka o przeżycie, odnalezienie pozostałych Jowiszy i próby powrotu do statku matki – Śmiałka.

Serial jest kręcony w nowoczesnym stylu, a więc mamy jedną oś fabularną, która jest centralną osią wszystkich dziesięciu odcinków. Naturalnie czasowo, akcja dzieje się nieprzerwanie z odcinka, na odcinek. Serial jest typowo nastawiony na rodzinne oglądanie, jednak nie polecił bym go nienastoletnim widzom. Konstrukcja odcinków przypomina stawianie bohaterom kolejnej przeszkody do pokonania, z zastrzeżeniem, że zawsze coś musi się wydarzyć. Musi się coś dziać. Krótko mówiąc, przypomina to trawnik z rozrzuconymi grabkami. Bohaterowie nie potrafią przejść obok nich, zawsze muszą w nie wdepnąć i uderzyć się o ich trzonek w głowę. Niestety takie „wydarzenia” stają się zbyt przewidywalne, do tego należy dorzucić odczucie naiwności owych zdarzeń, aby w ogóle się wydarzyły.

Co ciekawe, Rodzina Robinsonów nie jest taka wspaniała, czy cukierkowa, jak to miało miejsce w poprzednich produkcjach. Mamy tu Ojca, który przez lata był gdzieś, ale nie przy rodzinie, mamy silną matkę, na którą w pełni spadł ciężar wychowywania dzieci. Oraz same dzieci, które też mają własne zmartwienia. Co więcej, starsza córka Judy ma innego biologicznego ojca.

Dodam jeszcze, że moim zdaniem cały pierwszy sezon ma za zadanie ugruntować postacie, ich relacje między sobą, tak aby w drugim sezonie pokazać całą złożoność koncepcji zagubienia się w kosmosie. To taki epilog do całej wyprawy.

Obsada:

Uważam, że aktorzy zostali dobrze dobrani do swoich ról, przez co są wiarygodni. Najbardziej zapada w pamięć postać Doktor Smith, która jest psychopatką i serial świetnie pokazuje jej manipulacje i jak wdziera się każdemu do umysłu. Moim zdaniem aktorzy bardziej ( z wyglądu) przypominają Robinsonów z filmu, niż z oryginalnego serialu.

Efekty specjalne:

Tak jak w przypadku większość współczesnych seriali Sci-Fi, producenci nie szczędzą na efektach specjalnych. Dlatego widz, może podziwiać wspaniałe plenery obcego świata, w większości przypadków wygląda to bardzo naturalnie. Na plus zasługują rydwany ( łaziki ), które są pojazdami z krwi i kości… czyli są faktycznie jeżdżącymi terenówkami. Natomiast jeśli chodzi o Jowisza 2, to moim zdaniem jego wygląd jest zbyt ubogi. Byłem też rozczarowany opcją rozszerzenia powierzchni życiowej. W skrócie dwa skrzydełka rozsuwały się na półtora metra, a mógłby się też podnieść cały środkowy pierścień. Robot to całkiem inna bajka, zwłaszcza w wersji bojowej. Animacja komputerowa jest na tyle dopracowana, że stwór dobrze wtapia się w tło scenerii i nie wygląda sztucznie. Ciekawym krokiem ze strony twórców, było stworzenie „łagodnej” wersji robota. Tu mogę nie być obiektywny, bo na konwentach naoglądałem się cosplay’ów, ale jak dla mnie sam kostium choć ciekawy, to nadal wygląda na człowieka ubranego w zbroję. Na dodatek robot rusza się ociężale i widać, że ma spore ograniczenia ruchu, lub czasami nie wie co zrobić z rękoma, bo łapanie przedmiotów wychodzi mu niezdarnie. Ale to tylko moje wrażenie. Generalnie uważam, że cały zabieg  formy „łagodnej” pozwolił zaoszczędzić sporo pieniędzy. Uważam też, iż serial czerpie dużymi garściami ze stylistyki filmu z 1998, chodzi o wygląd robota ( zwłaszcza w wersji bojowej ),chodzi mi o  jego „pająkowatość”.

Jowisz 2 na przestrzeni lat

Muzyka:

Na wielki plus zasługuje tu użycie orkiestry, przez co słuchanie ponad godzinnej ścieżki dźwiękowej jest bardzo miłe dla ucha. Główny motyw z oryginalnej czołówki trzeciego sezonu, został znakomicie wpleciony w mnogość instrumentów, przez co całość zyskała głębie dźwięków. Naturalnie główny motyw powtarza się, za każdym razem kiedy bohaterom uda się coś osiągnąć, czyli w chwilach triumfu. Ten powtarzający się motyw jest dla widza czynnikiem wiążący, gdyż widz zapamiętuje sytuację, obraz i dźwięk. Tak więc gdy słyszy daną melodie, to automatycznie przywołuje uczucia z nim związane… to tak trochę psychologii społecznej. Generalnie podobny motyw został wykorzystany choćby w filmie Pacific Rim, gdzie przewodni motyw jest zawsze grany w epickich momentach.

Podsumowanie:

Jest to dobry serial ,nie jest wybitny, czy średni, jest to po prostu dobrym rodzinnym serialem. By był bardzo dobry gdyby jeszcze strona naukowa była poważnie potraktowana.