Czarna Pantera – recenzja

Ostatni dotychczasowy film z serii i to jedne z najbardziej dochodowych i wysoko oceniany. Czy słusznie? Moim zdaniem nie. Zacznijmy od fabuły, która zasadniczo opiera się na walce o władzę w Wakandzie. Jest to dość intratna posada, bycie królem tego kraju, jako że rozbił się tu kiedyś meteoryt z  wibranium, czyli najtwardszym metalem we Wszechświecie. To z niego zrobiona jest między innymi tarcza Kapitana Ameryki.

Z bliżej niewyjaśnionych przyczyn, fakt posiadania tego metalu sprawił, że Wakanda jest najlepiej rozwiniętym krajem na świecie. O ile mogę zrozumieć, że jest najbogatszym (eksport tego metalu jest na pewno opłacalny), ale już zaawansowanie technologiczne jest zastanawiające. Przykładowo Arabia Saudyjska posiada złoża ropy i są tam spore pieniądze jednak nie ma tam aż takiego skoku technologicznego. No bo niby jak sam fakt posiadania Wibranium doprowadził do budowy pola siłowego zasłaniającego cały kraj? Rozumiem, że spora kasa może sprowadzić naukowców i wynalazców, ale Wakanda ukrywa swoje bogactwo. Od biedy można to wytłumaczyć, że wysyłają swoich ludzi do najlepszych uczelni, ale jednak jak dla mnie ten skok technologiczny jest przegięty.

Kolejna sprawa to dość ciekawa kwestia polityki Wakandy. Za to akurat muszę scenarzystów pochwalić. Mamy tu walkę dwóch idei: izolacjonizmu i polityki ekspansywnej. To byłaby super kwestia i dobrze, że została poruszona, jednak jak dla mnie odrobinę jej za mało. Ot, po prostu mamy jednego króla, który chce tradycyjnie się ukrywać i pretendenta, który ma zamiar podbić resztę świata. Co ciekawe mimo, że ten drugi przegrywa to jednak Wakanda postanawia wyjść z izolacjonizmu. Niestety scenarzyści chcąc zaakcentować fakt, że akcja dzieje się w Afryce, zaserwowali nam również plemienne tańce i tradycyjne stroje, co dziwnie wygląda z ultranowoczesną technologia Wakandy. No jak to traktować poważnie jeśli ta supernowoczesna cywilizacja działa na zasadzie:  jestem królem, chyba, że ktoś mnie wyzwie na pojedynek i przegram. Nie specjalnie mi to tutaj działa.

Kolejny minus scenarzyści dostają ode mnie za zastosowanie kliszy numer jeden Marvela, czyli końcowej walki: Czarna Pantera kontra zła Czarna Pantera. Nieładnie, bardzo nieładnie. Jednak mimo tych, wad film oglądało mi się przyjemnie, a końcowa bitwa, mimo, że niewiarygodnie głupia to jednak efektowna. Szkoda tylko, że twórcy nie zdecydowali się wpuścić na pole bitwy Kapitana Ameryki i Bucky’ego, którzy, jak pamiętamy, ukrywają się w Wakandzie. Nawet występ Stana Lee jest dość słaby. Tym razem Stan pojawia się w kasynie i rozmawia z Freemanem. Czy w związku z tym „Czarna Pantera” to wg mnie zły film? Nie, to typowy średniak niczym specjalnym się nie wyróżniający. Ode mnie ocena 5/10

 

P.S. Mamy tu dwie sceny po napisach. W pierwszej T’Challa przybywa do ONZ i ogłasza, że Wakanda postanowiła podzielić się swoim bogactwem z resztą świata. Na minus bardzo „dyplomatyczna”  odpowiedź jednego z delegatów. W drugiej zaś scenie mamy Zimowego Żołnierza i, jak się dowiadujemy, jest on wreszcie uwolniony od oprogramowania Hydry. Czyli w „Infinity War” będzie już mógł normalnie walczyć. To już koniec naszej codziennej przygody z MCU. Mam nadzieję, że miło wam się to czytało. Postaram się jeszcze napisać krótkie podsumowanie (gdzie są Kamienie itp) oraz moje podejrzenia co do filmu, który wraz z załogą PIFKA obejrzę już w sobotę, Serdecznie wszystkich zapraszam.

P.P.S. Recenzję „Czarnej Pantery” oczami pozostałych członków PIFKA znajdziecie tutaj:

„Czarna Pantera” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.