Doctor Strange – recenzja

Kolejna część MCU to taki powrót do korzeni. Mamy tu apodyktycznego bohatera o przesadnie rozbujałym Ego (fakt, że jest chirurgiem a ci często mają takie charaktery), który po wypadku samochodowym traci czucie w rękach i postanawia zwrócić się  ku mistycyzmowi jako ostatniej desce ratunku,  aby odzyskać sprawność fizyczną. Rzecz jasna okazuję czymś w stylu wybrańca i ostatecznie ratuje cały świat, przy okazji zostając mistrzem magii i opiekunem Oka Agamotto, czyli Kamienia Czasu.

Mamy tu do czynienia z tradycyjną genezą bohatera, do tego łudząco podobnego zachowaniem do Tony’ego Starka – taki sam apodyktyczny typ. Trochę to dziwi, skoro w poprzedniej części wprowadzona, tak po prostu, Pajączka i Czarna Panterę. Do tego, ponownie scenarzyści tak skupili się na pokazaniu Strange’a, że zapomnieli o przeciwniku. Kaecilius grany przez Mikkelsena po prostu nic nie pokazuje. I nie jest to wina aktora, tylko scenariusza, który okroił jego role do niezbędnego minimum. Do tego dochodzi używany tutaj slapstick wg mnie zupełnie niepasujący do tego typu filmów. Również sam pomysł magii oraz multiwersum w tym świecie uważam za lekko wydumany (tak zdaje sobie sprawę, że tak było w komiksach).

Czy to oznacza, że film jest zły? Nie do końca. Produkcja potrafi obronić się paroma rzeczami: efekty specjalne stoją na wysokim poziomie, tak samo jak gra Cumberbatcha. Również humor czasami trafia idealnie (podanie hasła wifi albo sama postać Wonga na przykład), o ile nie jest to gag z filmu z Flipem i Flapem. Końcowa rozgrywka pomiędzy Doctorem a Dormmamu (szef Mikkelsena) też jest ciekawa i dobrze się ja ogląda. Twórcy jednak zbyt często idą na fabularne skróty, co z kolei może irytować. Nawet Stan Lee wypada tu blado, bo podczas walki  Strange’a i Mordo wpadają na autobus, którym jedzie twórca komiksów. Jak więc ocenić ten film? Na pewno jest ważny dla uniwersum. Wprowadza do tego świata magię i Kamień Czasu. Jednak z całą pewnością dałoby się to zrobić lepiej bez dziwnych zwrotów fabuły czy innych udziwnień. Ode mnie ocena 6/10 – tak na zachętę.

Wiem, że poprzednio mocno zjechałem ten film, padły bardzo ostre słowa. Drugi seans trochę zmienił moje spojrzenie na ten film. Slapstick nadal mnie denerwuje, przeciwnik nadal jest do niczego ale tym razem udało mi się choć trochę wciągnąć w ten mistyczny świat. Tak wiec nadal nie jest super ale chyba rzeczywiście byłem za ostry po pierwszym seansie Doctora.

P.S. Znowu mamy dwie sceny po napisach. Pierwsza to wprowadzenie do filmu „Thor Ragnarok” bo widzimy w niej boga piorunów rozmawiającego ze Strange’em, przy piwku o Lokim. W drugiej z kolei widzimy Mordo (który sie obraził na cały świat i stał wrogiem Doctora) odbierającego moc pewnemu człowiekowi, który się w ten sposób uzdrawiał. Więcej dowiemy się pewnie w kolejnej części przygód Doctora. A już jutro o 12:00 wracamy w kosmos aby spotkać nasze ulubione chodzące drzewo. Strażnicy Galaktyki 2 🙂

P.P.S. Recenzję „Doktora Strange” oczami pozostałych członków PIFKA znajdziecie Tutaj:

Doktor Strange oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.