Iron man – recenzja

Przed nami wielka premiera filmu Avengers: Infinity War. Ponieważ to doskonała okazja aby przypomnieć sobie pozostałe filmy z MCU (Marvel Cinematic Universe) postanowiłem codziennie wrzucać recenzje kolejnej części tego jedynego serialu filmowego i w ten sposób dojedziemy do premiery 26 kwietnia.

Zaczynamy rzecz jasna od tego, który to wszystko zaczął czyli niejakiego Tony’ego  Starka alias Iron Man. Film powstał w 2008, jeszcze przed przejęciem Marvela przez firmę Myszki Miki ale już jako zalążek większej historii. Jak zatem wygląda fabuła?

Multimiliarder Tony Stark zostaje zaatakowany w Iraku i zmuszony do zbudowania potężnej broni. Jednak w tajemnicy buduje zbroję, która pozwala mu uciec z niewoli i wrócić do USA. Tam zaś postanawia przeprofilować działania swojej firmy z przemysłu zbrojeniowego na coś innego. Ten pomysł natomiast, nie podoba się jego bliskiemu współpracownikowi. I tak Tony w tajemnicy buduje zbroję Iron Mana, aby móc pokonać „złych ludzi” nie wiedząc, że Obadiah (współpracownik) opracowuje swoją wersję tego zaawansowanego urządzenia, aby móc ją potem sprzedać jako super broń. Jak się domyślacie, konfrontacja jest nieunikniona.

No cóż, fabuła nie jest zbyt odkrywcza. Nawrócony bogacz, który dorobił się na sprzedaży broni stwierdza, że nie chce być już dłużej handlarzem śmierci. Tak samo łatwo się domyśleć, kto jest jego głównym przeciwnikiem, choć scenarzyści przez pół filmu, próbują nam zasugerować innego antagonistę. Jednak ogląda się ten film wręcz fenomenalnie. Zasługa to przede wszystkim odtwórcy głównej roli, czyli Roberta Downey Juniora, który w życiu prywatnym zachowywał się trochę jak Tony Stark przed złapaniem na pustyni. Powiedzmy to sobie szczerze, on po prostu urodził się po to by zagrać tę postać. Jego kreacja sprawia, że mimo prostego scenariusza seans mija nam błyskawicznie. Co ciekawe, pod sam koniec Tony rzuca lakoniczne „Iron Man to ja” co odczytuje jako zerwanie z tradycyjnym podejściem do superbohaterów na zasadzie okularów Clarka Kenta, aby nikt się zorientował , że jest on Supermanem. Ciekawy pomysł i trzeba przyznać, że twórcy MCU wiedzą jak to wykorzystać. Niestety ostatnie pół godziny seansu to walka Iron Mana z Iron Mongerem i będzie to dość częsty schemat w filmach Marvela.

Co do budowania większego uniwersum, to mamy to niezastąpionego agenta Coulsona, który jest przedstawicielem tajnej agencji S.H.I.E.L.D. To on sam wspomina, że Stark jest częścią większego uniwersum, choć na razie nie staje sobie z tego sprawy. Zwróćcie też uwagę, że podczas testowania zbroi na stole Starka leży niedokończona tarcza Kapitana Ameryki. To wszystko wskazuje, że MCU nie było robione „na partyzanta” tylko istniał od początku pomysł na szerszą fabułę.

Co do efektów specjalnych (chociaż wiem, że nasz klubowy specjalista Mirek się ze mną nie zgodzi), to wg mnie nie postarzały się zbyt drastycznie przez te 10 lat. Nadal wygląda to całkiem dobrze. Oczywiście pojawił się też człowiek legenda czyli Stan Lee, tym razem wybierał się na imprezę organizowana przez Starka. Film polecam bo nadal trzyma poziom i warto obejrzeć, nie tylko dlatego, że rozpoczął całą serię. U mnie mocne 7/10.

 

P.S. Nie zapomniałem o numerze popisowym tej serii czyli scenie po napisach. Tutaj Tony spotyka niejakiego Nicka Fury szefa S.H.I.E.L.D. Ten zaś rzuca słowa, które prawdopodobnie zamroziły krew w żyłach większości fanów. „Porozmawiajmy o formacji Avengers”. Trzeba przyznać, że robi to apetyt na następny film. Przed nami: Incredible Hulk. Recenzja jutro o 12:00 🙂