Timeless – recenzja pilota

Lubię motyw podróży w czasie i nie jest to żadna tajemnica. Kiedy więc Netflix zasugerował mi obejrzenie serialu „Timeless”, który w swojej konstrukcji opiera się właśnie na tym motywie, ochoczo skorzystałem z okazji. Niestety wygląda na to, że skończyłem moją przygodę z tym serialem już po pierwszym odcinku…

Na początek krótkie wprowadzenie w fabułę, która jest sztampowa i prosta jak budowa cepa. Pewne tajne laboratorium buduje w tajemnicy przed światem wehikuł czasu. A nawet dwa, bo pierwszy ciągle działający prototyp schowany jest w magazynie. Na placówkę napadają terroryści, którzy jakimś cudem wiedzą o realnej możliwości podróży w czasie, kradną maszynę i uciekają w przeszłość, by ułożyć historię po swojemu. Aby temu przeciwdziałać rząd Stanów Zjednoczonych organizuje ekipę ratunkową, w skład której wchodzą fachowcy nieświadomi wcześniej istnienia cudownej technologii i którzy do podróży używają podrdzewiałego prototypu wehikułu czasu.

Pomijając aspekt terrorystów… Trzyosobowa drużyna naprawiająca historię za pomocą podróży w czasie… Historyk/historyczka, mięśniak i przydupas… Gdzieś już chyba widziałem podobny motyw… 🙂

Jak już wspomniałem drużyna składa się z trzech osób. Pani historyk, Lucy Preston, jest wybitną specjalistką potrafiącą odnaleźć się w każdej epoce i posiadającą wiedzę o wszelkich zwyczajach, datach, godzinach i osobach z dowolnej epoki. Skąd to wiadomo? Bo w pierwszym odcinku drużyna została wysłana do roku 1937, by zapobiec zmianom przy katastrofie Hidenburga. Lucy dowiedziała się o celu wyprawy zbyt późno, by merytorycznie się do niej przygotować, a jednak na miejscu posiadała kompletną wiedzę o samej katastrofie (z dokładnością do minuty zdarzenia), postronnych osobach filmujących zdarzenie (i o ich losach), pasażerach, którzy dopiero mieli wsiąść na sterowiec, itp. Nieźle no nie? Pewnie tak będzie w każdej epoce, do której trafi. No omnibus dosłownie…

Jej partner – Wyatt Logan – to typowy mięśniak. Najpierw działa, potem myśli, chociaż ma też przebłyski inteligencji, gdy wpada na pomysł ucieczki z więzienia. Ale też zbytnio nie przejmuje się konsekwencjami swoich działań: zabiera w przeszłość naszą broń, ratuje lokalną piękność, bo ta przypomina mu jego żonę, itd. Warto też wspomnieć, że Logan jest przystojnym wdowcem, co oznacza, że na początku będzie rozpamiętywał utracone szczęście (no wiecie… chlanie na umór w barze), ale potem… Jakby to powiedzieć… Młody, urodziwy… Pani historyk jest samotna… Razem ruszają na niebezpieczne przygody… Chyba tylko pięciolatek nie umie przewidzieć rozwoju sytuacji w kolejnych odcinkach.

No i na końcu mamy Rufusa Carlina, czyli programistę-pilota obsługującego wehikuł czasu. Nie bardzo wiem, do czego miałby się przydać. Na początku myślałem, że to będzie ta postać, która wszystkim tłumaczyć będzie zawiłości podróży w czasie i obsługę wehikułu, ale się myliłem. Rufus w pierwszym odcinku serialu nie tłumaczy zbyt wiele, a i obsługi maszyny nie ma za dużo. Jako ciemnoskóry ma chyba wprowadzać element niepewności i problemów w realiach, gdy rasizm był bardziej znaczący niż dzisiaj. No chyba że chodzi o „Wielką Tajemnicę”, bo Rufus ma jakieś tajne polecenia od dyrektora.

O terrorystach nie chce mi się pisać. To ginące jak muchy, bezimienne tło, a ich przywódca jest nudny.

Ogromnym problemem jest fabuła, bo jest tak ograna, przewidywalna i sztampowa, że aż zęby bolą. Dosłownie! Nie miałem absolutnie żadnego problemu, żeby przewidzieć WSZYSTKIE ruchy bohaterów. A skoro oglądanie serialu nie niesie ze sobą elementu niepewności, to staje się po prostu nudne… Od początku wiadomo, że bohaterowie wyjdą z więzienia, uratują świat, „odnajdą skarb i pokonają smoka”. W dodatku wiadomo kiedy, gdzie i w jaki sposób… Związane z tym jest też zachowanie bohaterów, którzy po minutach zaskoczenia błyskawicznie odnajdują się w nowej sytuacji. Pięć minut w przeszłości i z zaskoczonych i przerażonych nową sytuacją rozbitków zamieniają się w wybitnych specjalistów. Inteligentnych, potrafiących odnaleźć się w każdej sytuacji, improwizujących. Ja wiem, że od serialu sci-fi nie można oczekiwać nie wiadomo jakiej realności, ale są pewne granice. Niech sci-fi dotyczy świata przedstawionego, ale wolałbym, żeby bohaterowie byli… bo ja wiem… ludzcy.

Poza tym dziwi mnie, że takie coś powstało w roku 2016, czyli stosunkowo niedawno, gdy po „Lostach”, „Grze o Tron”, „Expansie” i dziesiątkach innych produkcji wydawało się, że tworzenie procedurala opowiadającego w każdym odcinku o innej przygodzie nie ma ma już racji bytu. A tu proszę… Pierwszy odcinek: ratujemy Hindenburga, w drugim pilnujemy Abrahama Lincolna, w trzecim podobno lecimy do Las Vegas lat 60-tych, itd. Błagam… Tak już się nie robi seriali.

No to może efekty specjalne wyróżniają tą produkcję? Otóż nie. Z jednej strony muszę pochwalić twórców za próbę zabawy z odtwarzaniem archiwalnych i prawdziwych miejsc, zdjęć i sytuacji. Bardzo spodobało mi się to, gdy pokazano na ekranie lądowanie sterowca. Cała scena wyglądała tak, jakby znane wszystkim zdjęcie płonącego Hidenburga  powstawało na naszych oczach, robione przez serialową postać. To było fajne. Gorzej z jakością efektów, które były rozmazane i niedokładne. Widać niestety mały budżet… Trochę jakbym oglądał Kevina Sorbo jako Herkulesa siłującego się z kiepsko zrobioną hydrą w bajce z przełomu stuleci.

Powyższe nie jest jednak najgorsze, bo dla mnie o większe znaczenie mają dwa inne grzechy. Po pierwsze konstrukcja podróży w czasie jako takich. Wygląda na to, że nikt, ale to nikt z twórców i scenarzystów nie zadał sobie odrobiny trudu, by przemyśleć konsekwencje samych podróży i mieszania w czasoprzestrzeni. Dlaczego to taki grzech? Bo zmiany w przeszłości i ich wpływ na teraźniejszość są głównym motorem napędowym fabuły i jeśli one są nieprzemyślane, to całość rozsypuje się jak domek z kart. Trafiony piorunem. Podczas trzęsienia ziemi. W epicentrum wybuchu jądrowego.

Klasyczny przykład: już po ucieczce terrorystów do 1937 roku przedstawicielka rządu na odprawie mówi, że trzeba złapać tych złych, bo namieszają. Ok. To ja pytam: skoro są (byli) w przeszłości, to już namieszali, prawda? Jeśli w naszej Wikipedii mamy informacje o katastrofie Hindenburga, to albo nie udało im się zmienić przeszłości, albo ich zmiany rozgałęziają linie czasu i nie mają wpływu na naszą rzeczywistość. W naszej historii Hindenburg wybuchł, a w świecie równoległym nie. Po co ich gonić? A jeżeli nawet ich gonimy, bo nie chcemy rozgałęziania, to po co się śpieszyć? Mamy czas… Przygotujmy się, zbierzmy informacje i przenieśmy się w miejsce skoku terrorystów na pięć minut przed nimi samymi. Proste?

Aha. Nie można tak zrobić. Nawet Rufus to tłumaczy. Mówi, że nie można, bo nie można, więc nie można. Bo technobełkot.

Ostatni grzech dotyczy ścieżki dźwiękowej. Prywatnie uwielbiam Pink Floydów, a „Wish You Were Here” z 1975 roku uważam za najlepszy album w historii muzyki rozrywkowej. Nie jestem tylko pewien, który utwór z tego albumu jest lepszy… Tytułowy „Wish You Were Here„, czy jednak „Shine On You Crazy Diamond„.  🙂 Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, to marny będzie jego koniec.

Kiedy więc w jednej z ostatnich scen filmu usłyszałem kiepski cover mojego ulubionego utworu, moich najbardziej uwielbianych muzyków i głos jakiejś dziewuszki, która nieudolnie próbowała zaśpiewać najlepszy utwór wszech czasów, poczułem, jakby ktoś skopał świętość. 🙂 Takie coś powinno być zakazane i karane śmiercią w męczarniach. Np. niech taki „tfórca” za karę do końca swoich dni słucha Martyniuka…

Ostateczna ocena pierwszego odcinka serialu „Timeless” jest według mnie jednoznaczna: strata czasu. Nie spodziewajcie się więcej recenzji, bo jakoś nie mam ochoty na dalsze śledzenie przygód Lucy i reszty.