Stargate- recenzja filmu

Stargate to jeden z moich ulubionych filmów sci-fi. Praktycznie wszystko w nim jest takie jak trzeba. Świetna klimatyczna muzyka, która wprowadza nas w klimat filmu. Świetny montaż, który jest dokładnie taki jak powinien. No i świetne kreacje aktorskie, a w zasadzie rola James Spadera jako doktora Daniela Jacksona, który jest tutaj typowym naukowcem, który nie daje sobie za bardzo rady w realnym świecie. Co do gry Kurta Russela jako Jacka O’Neila, to już taki zachwycony nie jestem. Jest on tutaj bowiem tylko typowym wojskowym „trepem”, którego na koniec rusza sumienie. Czyli w sumie podobny stereotyp jak Spader, ale ten jest pewnie mi po prostu bliższy. Wspaniała jest również ekspozycja w tym filmie. Delikatne stopniowanie napięcia i tajemnicy co to za wrota i gdzie prowadzą. Samo zaś wyjaśnienie jest już trochę słabsze. Spodziewamy się jakichś kosmicznych cywilizacji, a w zamian dostajemy…pustynię i piramidy. Nie jest to złe, ale można się trochę zawieść zwłaszcza, gdy spodziewamy się czegoś „epickiego”. Dlaczego więc jest to jeden z moich ulubionych filmów? Nie dzięki muzyce, Spaderowi czy świetnej ekspozycji. Uwielbiam ten film za jego pomysł. Wspaniała idea gwiezdnych wrót, przez które możemy podróżować między planetami. Co więcej, film ten dał nam serial SG-1 i kolejne serie za co jestem mu niesamowicie wdzięczny. Mimo, że parę rzeczy uległo zmianie w serialach (goauld, Abydos zmieniło położenie), to jednak film ten dał podwaliny pod jedną z najwspanialszych serii sci-fi, zaraz za Star Trekiem. Jeżeli chcecie się dowiedzieć za co cenie seriale z tej marki, zapraszam do przeczytania recenzji poszczególnych odcinków. Ale, za nim drogi czytelniku ruszysz na podbój całej serii, obejrzyj film, który to wszystko zapoczątkował.