Star Trek TAS: The Terratin Incident ? recenzja (odcinek 1×11)

Poprzedni epizod bazował na postaci i pomyśle z oryginalnej serii i był nawet znośny. Natomiast tu mamy reprezentanta innych odcinków TASa, gdzie scenarzyści wymyślają całkowicie nowe historie. Raz wypada to lepiej, raz gorzej a tym razem, no cóż wypadło tragicznie. Nie ma tu co prawda magików ale za to są krasnoludki… Enterprise trafia bowiem w okolicy pewnej dziwnej planety gdzie odbierają jeszcze dziwniejszy sygnał radiowy. Następnie następuje twist po, którym to załoganci zaczynają się  kurczyć. Nie bardzo wiem jak do tego podejść. Niby fajnie się oglądało taki motyw i coraz mniejszego Kirka próbującego coś zrobić na konsoli ale cały czas miałem wrażenie, że oglądam animowaną, kosmiczna wersję filmu Kingsajz. Rozbroił mnie też fakt, że Kirk aby uratować sytuację teleportuje się na planetę i już jest normalnych rozmiarów (czyli jest prawie tak wielki jak ego Shatnera – taki mały żarcik ;). Okazuję się, że na planecie jest ludzka baza, jednak pod wpływem promieniowania również zmniejszyła swój rozmiar a teraz są czymś zagrożeni i proszą o pomoc. Oczywiście Kirk, puszcza w niepamięć zmniejszenie swego rozmiaru aby pomóc potrzebującym.  Beznadziejnie słaby, nudny epizod. Ciężko znaleźć tu jakieś pozytywy. Może tylko pomysłowość krasnoludkowej załogi Enterprise ale to za mało nawet jak na 20 minutowy odcinek. Nie polecam.