Star Trek TAS: Mudd’s Passion – recenzja (odcinek 1×10)

Kolejny odcinek TASa, który jest inspirowany wątkiem z oryginalnego serialu. Tym razem scenarzyści używają postaci, gwiezdnego kupca/pirata – Mudda, którego mieliśmy przyjemność (albo nieprzyjemność) spotkać już dwa razy. Jak wypada trzecie spotkanie z tą, nietuzinkową postacią? Zdecydowanie najgorzej. Mudd dostaje się na pokład Enterprise, bzdurnie tłumacząc jak wydostał się z planety robotów, trafia pod klucz i tu mamy coś co bardzo trudno jest mi przełknąć. Otóż Mudd, ten oszust i hochsztapler, który nie raz i nie dwa próbował oszukać załogantów naszego ulubionego statku namawia siostrę Chapel aby kupiła od  niego kryształy miłości. Fakt, że siostra to kupuje i przy o okazji wypuszcza Mudda na wolność, jest wyjątkowo głupi. Obiektem jej uczuć jest nijaki Spock  i głupsze od ucieczki Mudda jest tylko fakt, że kryształy faktycznie działają… Spock zaczyna szaleć na punkcie Chapel a część pyłu z kryształów trafia do klimatyzacji i załoganci zaczynają siew sobie zakochiwać…Nie jest to mój ulubiony epizod, jest naiwny i głupkowaty. Twórcy na siłę chcieli wrzucić tu Mudda aby trochę podkręcić akcję ale zdecydowanie przeszarżowali. Jak wspomniałem wyżej bzdura z tym, że siostra Chapel uwierzyła w jego zapewnienia jest trudna do przełknięcia a to ,że kryształy faktycznie działają…. nie będę nawet tego komentować. Jedynym ciekawym aspektem jest rozwinięcie pomysłu romansu Spocka z siostrą Chapel. W oryginalnym serialu było parę sugestii na ten temat i dobrym pomysłem było rozwinięcie tego tematu. Natomiast złym pomysłem było wrzucenie tu Mudda. Odcinek można obejrzeć jako ciekawostkę ale zachwycać się tutaj nie ma czym.