Anihilacja – recenzja filmu

Dopóki nie ujrzałem pierwszego zwiastuna tego filmu, czekałem na niego z dużym zainteresowaniem. Kolejny projekt Alexa Gralanda, twórcy bardzo dobrej „Ex Machiny”, do tego w roli głównej Natalie Portman, na podstawie bestsellerowej książki. Brzmiało jakby nie mogło się nie udać. Potem przyszły pierwsze wątpliwości, czyli wspomniany trailer, który, delikatnie mówiąc, mnie nie zachwycił a już na pewno nie zaintrygował. Natomiast już byłem pełen obaw po informacji, że film trafi do światowej dystrybucji nie do kin, tylko bezpośrednio do Netflixa, a jak wiadomo ostatnio ten serwis streamingowy skupował słabsze produkcje od wytwórni filmowych, które w ten sposób ograniczały ryzyko wtopy. No nie rokowało to najlepiej przed seansem, tym bardziej, że w przypadku „Cloverfielda” się ten czarny scenariusz niskiej jakości produkcji raczej sprawdził niestety. Jednak i tak nic nie było w stanie mnie powstrzymać od obejrzenia „Anihilacji”.

Rozpocznijmy tradycyjnie od fabuły. Zaczyna się wszystko nawet intrygująco – dziwny meteoryt spada na ziemię i uderza w latarnię morską na amerykańskim ( a jakże) wybrzeżu. Problem w tym, że obiekt zaczął wytwarzać dziwne pole, niejakie Iskrzenie (The Shimmer), które promieniście zaczyna pochłaniać coraz większy obszar od miejsca uderzenia. Ciach skok do naszej głównej bohaterki Leny, która jest biologiem na uniwerku, a jak się okazuje później była też wcześniej w wojsku, gdzie poznała swojego męża Kane’a. Jaki to ma związek z iskrzeniem? Ano tajna misja, na którą wyjechał filmowy wybranek Natalie Portman, 12 miesięcy wcześniej jest związana właśnie z ów dziwnym zjawiskiem iskrzenia. Kane’owi jako jedynemu udało się wydostać z tajemniczego obszaru, wrócił do małżonki, no ale poczuł się bardzo źle… i dlatego wraz z Leną zostali porwani przez wojskowych i przetransportowani do bazy przy Iskrzeniu. Lena oczywiście została dlatego ogłuszona i uśpiona podczas transportu, żeby zaraz jak się obudzi i tak wszystko jej wyjaśnić gdzie są, co to jest to dziwne coś za oknem, co robił jej mąż i tak dalej. potem zaczyna się już robić tylko gorzej. Doktor Ventress, która chyba jest dowódczynią stacji, która jest psychiatrą, która nie jest wojskową, będzie dowodzić kolejną wyprawą wewnątrz Iskrzenia. Ponieważ do tej pory nikt stamtąd jeszcze nie wrócił, więc USA wysyła kolejne oddziały, a co tam, może akurat kolejny jednak wróci. Zatem aby dowiedzieć się co się stało z Kanem, Lena oczywiście chce się przyłączyć do wyprawy, a ponieważ będzie jedyną osobą w grupie z doświadczeniem wojskowym (sic!) pani doktor rzecz jasna się zgadza. Sama idea Iskrzenia niestety też się nie klei. Nie działają tam niby żadne urządzenia, ale potem jednak z nich korzystają, ale nie wychodzi nic na zewnątrz. Dlaczego nie używano pojazdów? A skoro silniki spalinowe nie działają, to po co im broń palna, też nie powinna działać podobnie jak silnik. Dlaczego nie podpłynięto wybrzeżem (przypomnę epicentrum jest w latarni morskiej) i dlaczego oddział składa się z 4 żółtodziobów i jednej na łapu capu zwerbowanej byłej wojskowej? Dlaczego reszta oddziału w ogóle dostała broń? Dalej jest jeszcze gorzej… wyjaśnienia od strony genetyki i DNA tego co się dzieje z roślinami i zwierzętami wewnątrz Iskrzenia to już jest naprawdę kabaret pierwszego gatunku. Do tego, cała akcja jest prowadzona w tak mało interesujący i w ogóle nie wciągający sposób, że kompletnie nie interesowało mnie co się wydarzy dalej. Cała historia snuła się niemiłosiernie długo, próbując wchodzić często w jakiś pseudofilozoficzny klimat tak bardzo niepasujący do całej otoczki.

Kolejnym problemem, który powodował, że jakoś super mi nie zależało na poznaniu do końca tej historii były bardzo mierne postacie. Znów będę się powtarzał pod tym względem, ale ciężko ostatnio scenarzystom przychodzi stworzyć porządnych bohaterów do filmu. O naszych pięciu głównych heroinach niewiele w zasadzie można powiedzieć. W prawdzie każda z nich przeżyła jakiś swój dramat i tak dalej, ale jest to tak kiepsko przedstawione, że kompletnie się tym nie przejąłem. Do tego wszystkie te panie są tak bardzo bez wyrazu, bez jakiegokolwiek charakteru, wielowarstwowości, że ciężko jest się w jakikolwiek sposób związać z nimi emocjonalnie. Przez to wszystko takie nazwiska jak Natalie Portman, Oscar Isaac, czy Jennifer Jason Leigh i tak nie miały miejsca do tego, żeby w jakikolwiek sposób zaprezentować się aktorsko. Nie wiem, czy podobnie historia i bohaterowie przedstawiają się w książce, ale jeśli tak, to szczerze mówiąc materiał źródłowy wymagał albo odpuszczenia w ogóle robienia na jego podstawie filmu, albo ostrego podrasowania we wszystkich niemal aspektach.

Muzyka kompletnie nie pasowała do tego filmu. Przede wszystkim nie  miała jednego stylu, ciągle zmieniała się z typowej muzyki filmowej, w przygrywkę country, po ciężki elektroniczny industrial, co ciekawe zawsze na dodatek w kompletnie źle przypisanym momencie. Czyli tam, gdzie liczysz na jakiś ambient, dostajesz brzdękanie na banjo, a tam gdzie powinna wejść epicki score, dostajemy elektronikę i tak dalej. Prawdopodobnie autor miał na myśli oddanie takiego misz maszu, jaki wśród natury zastały nasze bohaterki wewnątrz Iskrzenia, ale no kurde nie wyszło do dobrze moim zdaniem. Czasami było komiczne, a czasami po prostu męczące. Wizualnie natomiast ciężko się do czegoś przyczepić, ale z drugiej strony też nie ma się czym zachwycać. Na mnie wrażenie zrobiła jedynie tak naprawdę scena w basenie w dawnej bazie wojskowej. Poza tym było poprawnie i nie raziło w oczy, ale w zasadzie nie udało się osiągnąć mnie zamierzonego efektu klimatu niezwykłości świata wewnątrz Iskrzenia. Wadziłem jakieś dziwne kolorowe kwiatki od czasu do czasu, jednego dziwnego niedźwiadka i aligatora i dziwnie układające się krzaki, których zachowanie wyjaśniono w tak kuriozalny sposób, że można tylko płakać ze śmiechu. Zatem mimo, że efekty nie były złe, nie spełniły swojego głównego zadania, czyli podbicia klimatu.

Jak więc myślicie oceniam ten film? 😛 Przyznam się, że męczyłem się podczas oglądania „Anihilacji”. Wiało nudą, sam scenariusz po prostu leżał, postacie były kompletnie bez wyrazu i nawet nie starały się zainteresować sobą widza. Liczba dziur logicznych po prostu powala, a próba bicia w filozoficzną nutę przy takim dziurawym scenariuszu wywołało u mnie tylko uczucie politowania. Nie wiem jak bardzo film jest spójny z książką, bo jej nie miałem okazji czytać, ale po tym co zobaczyłem na ekranie nie mam ochoty w ogóle sięgnięcia po papierowy pierwowzór. Dla mnie kompletnie zmarnowany interesujący pomysł z Iskrzeniem. Twórcy jak gdyby nie mieli kompletnie koncepcji jak ten intrygujący pomysł poprowadzić, a do tego nie mięli w zasadzie żadnego zaplecza naukowego, alby jakoś to wiarygodnie próbować wytłumaczyć. Moja ocena to 4/10.

 

Źródło zdjęć: IMDB