Paradoks Cloverfield – recenzja filmu

Po całkiem udanym „Cloverfield Lane 10″ byłem bardzo ciekaw trzeciego filmu w tym intrygującym uniwersum, tym bardziej, że tym razem historia miała się dziać na stacji kosmicznej orbitujące wokół Ziemi. Na dodatek tytuł ten miał powiązać ze sobą wszystkie trzy tytuły z „Cloverfieldem” w nazwie. Niepokojącym jednak stał się dla mnie fakt, że kilka miesięcy przed premierą Paramount postanowił w ogóle ściągnąć film ze swojego harmonogramu premier.

Fabularnie jest całkiem przyzwoicie. Jest rok 2028. Naukowcy na stacji Cloverfield od dwóch lat testują technologię, która ma rozwiązać wszystkie problemy związane z niedoborem energii na naszej planecie. Sytuacja jest o tyle nieciekawa, że na Ziemi elektryczności brakuje na każdym kroku – blackouty  i kradzież prądu to codzienność, a kraje są nawet gotowe do zbrojnej interwencji w celu zapewnienia swoim obywatelom nieprzerwanego dostępu do energii elektrycznej. Międzynarodowy zespół naukowców na orbicie jest zatem pod nie lada presją, a na dodatek surowców mają już jedynie na dwie próby działania akceleratora Sheparda. Jak łatwo się domyślić,  podczas kolejnej próby urządzenia coś poszło nie tak. Po tym wstępie oczywiście, jak to bywa w tego typu filmach mamy całą plejadę różnych śmierci kolejnych mieszkańców stacji, a przy okazji reszta naukowców powoli znajduje odpowiedzi na wszelkie nurtujące ich pytania.

Sami widzicie, że nie jest to ani odkrywcze ani skomplikowane – klasyczny horror, w którym możemy obstawiać, kto zginie następny. Do tego dostajemy tutaj dziwną przyczynę tych śmierci, bo wszystko wygląda jak „Oszukać przeznaczenie” w kosmosie. Rzecz jasna scenarzyści starali się podać nam kilka zwrotów akcji i „zaskakujących” twistów, ale nie można powiedzieć, że byłem nimi jakoś zachwycony.  Zatem w warstwie fabularnej mamy po prostu przeciętniaka, który raczej niczym nie zaskakuje. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest warstwa science – naukowe wytłumaczenie tego, co się dzieje ze stacją i tak dalej, to jest po prostu śmiech na sali. Za każdym razem, kiedy próbowali nasi bohaterowie uderzać w naukową nutę kręciłem głową z niedowierzaniem. Naprawdę mogli to odpuścić lub postarać się wymyślić coś bardziej wiarygodnego. Z drugiej strony, cały film oglądało mi się bardzo przyjemnie. Trochę kojarzył mi się z kultowym „Ukrytym Wymiarem” (org. „Event Horizon”). Po tym, jak tytuł trafił bezpośrednio do Netflixa, pomijając dystrybucję w kinach, podchodziłem już do niego bez żadnych oczekiwań (w końcu nie bez przyczyny Paramount zrezygnował z jego dystrybucji na tak późnym etapie produkcji) i pewnie dlatego nie cierpiałem żadnych katuszy podczas seansu. Czy faktycznie „Paradoks” wiąże ze sobą pozostałe filmy z „Cloverfieldem” w nazwie? Na pewno mamy tutaj powiązanie z pierwszym filmem, genialnie zatytułowanym w naszym języku „Projekt Monster”. Natomiast, ja osobiście nie dopatrzyłem się tutaj nawiązań do drugiego filmu. Być może coś mi umknęło…

Jeśli chodzi o postacie to mam dwa problemy. Wprawdzie, pomysł twórców był całkiem ciekawy a zarazem wyeksploatowany – miks kultur i narodowości zamkniętych na stacji. Nie raz już się to udawało, tym razem szansa też była, tym bardziej, że scenarzyści szli w pewniaki: Amerykanin dowódca, Brytyjka oficer komunikacyjny , Niemiec i Chinka specjaliści od Sheparda, Rosjanin i Irlandczyk mechanicy i Brazylijczyk lekarz. W zasadzie oprócz południowoamerykańskiego łapiducha i inżyniera z Zielonej Wyspy zaskoczeń nie ma. Główny problem polega na tym, że te postacie są bardzo płytkie i, co gorsze, oparte o stereotypach – Rosjanin nie lubi Niemca, Brazylijczyk to zagorzały katolik, a Chinka nie piśnie nawet jednego słowa po angielsku. Nawet główna bohaterka (Ava – oficer komunikacyjny), którą obdarzono jakąś dłuższą historią jest jakaś nijaka i ostatecznie niezrozumiale irracjonalna. O osobowościach kogokolwiek z załogi Cloverfielda jest ciężko cokolwiek powiedzieć, po obejrzeniu filmu nadal nie znam tych postaci. Znów kłania się Obcy i nauka od mistrza jak przedstawiać szybko i treściwie bohaterów takich horrorów.  Drugi, mniejszy problem to sam pomysł na Chińską postać… Kto wpadł na pomysł, że nie będzie ona mówić po angielsku, a wszyscy dookoła oczywiście będą rozumieć mandaryński? Co to, R2D2 z Gwiezdnych Wojen, czy jak? Przecież to jest totalnie głupie, jeśli aktorka nie gada po angielsku, to trzeba znaleźć taką, która będzie i po problemie.

Realizacyjnie jest dobrze. Efekty specjalne są na dobrym poziomie, niczego im nie mogę zarzucić. Muzyka nie przeszkadzała, ale w sumie ciężko mi stwierdzić jaka była – w ogóle nie zapadła mi w pamięć. Oczywiście lepsze to niż jakiś dźwiękowy potworek,  który tylko irytuje bądź przeszkadza. Aktorsko było też całkiem poprawnie, ale pewnie zasługą tego było zaangażowanie w miarę doświadczonych aktorów. Nie jest to rzecz jasna pierwsza liga Hollywood, ale myślę, że wszyscy rozpoznają większość twarzy naukowców ze stacji kosmicznej. Żadnych szarż aktorskich oczywiście nie było i być raczej nie mogło, ale wszyscy raczej trzymali poziom. Cały czas mi jedynie zgrzyta Ziyi Zhang, która wcielała się w postać mówiącą jedynie po chińsku, dziwi mnie to tym bardziej, że występowała już w produkcjach anglojęzycznych i jakoś sobie z językiem radziła.

Jak zatem ocenić „Paradoks Cloverfield”? No cóż nie ma co się oszukiwać jest to zwyczajny przeciętniak, który raczej niczym nie zapisze się w pamięci kina. Oglądało się go całkiem przyjemnie, jednak ma sporo wad i w zasadzie nie dziwię się decyzji Paramountu o rezygnacji z kinowej dystrybucji tego filmu. O dziwo uważam go jednak za znacznie lepszą produkcję niż dwa zeszłoroczne horrory science-fiction, które obejrzałem na wielkim ekranie. Mówię oczywiście o „Life” oraz „Obcym: Przymierze”, które zawiodły w zasadzie na całej linii. Natomiast porównując to do poprzedniego „Cloverfield Lane 10” jest dużo słabiej. Tam John Goodman robił rewelacyjną robotę, a i scenariusz był dużo ciekawszy i zdecydowanie bardziej oryginalny. Na pewno nie jest to też film dla wszystkich. Jak już pewnie zorientowaliście się z poprzednich akapitów, film jest poprowadzony w bardzo staromodny sposób, który kojarzy się z latami 80-tymi i 90-tymi ubiegłego wieku, teraz w zasadzie tak już się filmów nie robi i nie wszystkim takie prowadzenie narracji i przedstawienie historii może odpowiadać. Z pewnością, gdyby ten film był wyprodukowany 20 lat wcześniej, oceniałbym go nieco wyżej. Dla mnie to takie naciągane 6/10, za klimat starych dobrych  horrorów science-fiction.

 

Żródło grafik: imdb.com