Star Trek TAS: The Infinite Vulcan – recenzja (odcinek 1×07)

Z animowana serią Star Treka jest tak, że czasami trzeba zacisnąć zęby i przełknąć kilka dziwnych rozwiązań. Tutaj mamy na przykład odcinek, gdzie załoga ma za zadanie zbadać planetę leżącą z dala od zbadanych rejonów, gdzieś na skraju galaktyki. Spotyka tam rasę roślin…no ok. Te rośliny mają problem bo ich poprzednie pokolenie zostało wybite przez chorobę , którą przyniósł człowiek. No dobra, niech będzie, to TAS wiec  różne rzecz mogą nas spotkać. Okazuję się, że tym człowiekiem jest niejaki Keniclius znany z okresu wojen eugenicznych. I tu pochwałą dla scenarzystów za nawiązanie do tego słynnego okresu w uniwersum Star Treka. Jednak trochę ciężko mi przełknąć to co jest nam zaserwowane dalej. Okazuję się, że ten Keniclius chciał przy pomocy rasy Panów zaprowadzić pokój w galaktyce wiec został wygnany z Ziemi gdzie trafił do roślinek i zbudował sobie tam urządzenie do klonowania…przez co załoga Enterprise spotyka jego V wersję. Do tego momentu jest nawet znośnie ale po chwili okazuję się, że fan rasy Panów porywa Spocka robi z niego 2-3 metrowego klona…. ale ten klon nie chce robić krzywdy małemu Spockowi. Najgorsze jest to ,ze Keniclius się załamuje bo mimo braku rasy panów Federacja jest nastawiona pokojowo i nie prowadzi wojen. To autentycznie sprawia, że jest mu smutno. WTF? To jeden z największych wodzów w wojnach eugenicznych a tu jest mu smutno bo Federacja sobie poradziła? Nie kupuje do tego. Do tego wręcz tragiczne zakończenie czyli zostawienie klona Spocka i „groźnego inaczej” Kenicliusa na planecie. Mam nadzieje, że ten wątek nie będzie już kontynuowany.