Philip K. Dick’s Electric Dreams – sezon 1, recenzja

Będąc na głodzie po ostatnim sezonie „Black Mirror”, „Electric Dreams” spadły na mnie jak grom z jasnego nieba. Nie dość, że kolejna antologia science-fiction, to jeszcze sygnowana przez jednego z najwybitniejszych pisarzy tego gatunku, a na dodatek producentem serialu został między innymi Ronald D. Moore. Zatem to nie mogło się nie udać. Co ciekawe, wszystkie odcinki opierają się na opowiadaniach Philipa K. Dicka, także jego nazwisko w tytule antologii nie było tylko tanim chwytem marketingowym. Co więcej, twórcom udało się doskonale oddać klimat tego autora praktycznie we wszystkich odcinkach, a trzeba zaznaczyć, że każdy epizod był pisany i reżyserowany przez inną osobę. W porównaniu do wspomnianego wcześniej „Black Mirrora” mamy jednak do czynienia z nieco mocniejszym science-fiction. Często akcja dzieje się w dalszej przyszłości, nawet na tyle odległej, że ludzkość podróżuje między planetami.

Nie oznacza to jednak, że odcinki w „Electric Dreams” nie dają do myślenia i nie poruszają istotnych aspektów życia. W zasadzie poza jednym wyjątkiem („Crazy Diamond”) wszystkie epizody wgniatają pod tym względem w fotel, a wszystko to okraszone dickowskim sosem zabawy z ludzkim umysłem czy tożsamością. Poszczególne odcinki traktują chociażby o przesadnej kontroli obywateli pod pretekstem ich ochrony („Safe and Sound”) lub brak zainteresowania społeczeństwa wyborami („Kill All Others”). Nie brakuje podjęcia problemu rasizmu i uprzedzeń, co możemy zobaczyć w pierwszym odcinku cyklu, czyli „Hood Maker”. Trzeci odcinek, „The Commuter” natomiast to studium człowieka, którego syna dotknęła ciężka choroba psychiczna – bohater tej opowieści ma okazję przekonać się jak wyglądało by życie, gdyby jego syn nigdy się nie urodził. Jak widzicie, tematy podejmowane tutaj są konkretne ale też różnorodne.

Realizacyjnie również jest całkiem dobrze. Obsada w odcinkach jest bardzo dobra. Na ekranie w poszczególnych odcinkach pojawili się Steve Buscemi, Bryan Cranston, Anna Paquin, Juno Temple czy Timothy Spall. Zatem aktorsko raczej nie ma do czego się przyczepić ( z drobnym wyjątkiem). Efekty specjalne przypominają natomiast pierwsze sezony „Black Mirror”, gdzie serial nie miał jeszcze aż tak dużego budżetu. Jednak, wszystko wygląda całkiem dobrze i nie sprawia wrażenia tymczasowości. Krótko mówiąc „Electric Dreams” się pod tym względem nie wyróżnia ani w dobrą ani złą stronę.

Niestety problemem serialu jest mimo wszystko jego nierówny poziom. Większość odcinków jest bardzo dobra, jednak  „Crazy Diamond” był wyraźnie słabszy od pozostałych epizodów, a Steve Buscemi niestety nie błyszczał (to ten wyjątek w kontekście aktorskiego poziomu serialu). Sama historia nie porywała, aktorom wyraźnie też się za bardzo nie chciało. Nie zachwycił również „The Father Thing”, który po prostu był historią wyraźnie wtórną i mało wciągającą. Poza tymi wyjątkami, fabularnie było już bardzo dobrze. Do tego, ogromną zaletą serialu jest też klimat charakterystyczny dla Philipa K. Dicka. Ciężko to w zasadzie opisać, ale jeśli obejrzycie jakikolwiek odcinek, będziecie wiedzieć o co mi chodzi. Jest to ogromna zaleta „Electric Dreams”, bo zarówno scenarzystom jak i reżyserom poszczególnych odcinków udało się zachować klimat pierwowzorów literackich, na których się opierali (no może poza wspomnianym „Crazy Diamond”).

Podsumowując, mogę spokojnie polecić ten serial każdemu miłośnikowi science-fiction, a każdy kto nadal jest na głodzie po ostatnim sezonie „Czarnego Lustra” może dzięki „Electric Dreams” nieco złagodzić syndrom odstawienia. Mam nadzieję, że powyższy tekst was przekonał do zainteresowania się tym mało znanym w naszym kraju tytułem. Nie ukrywam, że ciężko pisze się zbiorczą recenzję antologii, szczególnie tak specyficznej, jak tak sygnowana nazwiskiem jednego z mistrzów science-fiction – nie chciałem odkrywać wszystkich kart tej produkcji, bo odkrywanie „magii” każdego z epizodów było dla mnie jednym z ważnych elementów doświadczania tego serialu. Jeszcze raz, zachęcam do spróbowania.