„Czarna Pantera” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

W kinach pojawiła się kolejna odsłona marvelowskiego uniwersum bohaterów, czyli film „Czarna Pantera”, więc wybraliśmy się całym Instytutem podziwiać nową produkcję. Nasze spostrzeżenia i opinie możecie poczytać poniżej.

Recenzja według Śmiecha

Mam spory problem z kreacją świata przedstawionego w filmie. Historia Wakandy, tło w jakim poruszają się bohaterowie i pewne elementy fabuły bardzo drażnią brakiem logiki. Wiem, wiem… Nie ma co przesadzać z logiką i patrzeniem przez pryzmat naszego realnego świata na filmy opowiadające o zielonym, nadludzko silnym olbrzymie, gadającym drzewie wypowiadającym tylko trzy słowa, czy kosmicie na fruwającym tronie z ambicjami panowania nad wszechświatem, ale mimo wszystko „coś tu nie gra”.

To, co najbardziej odrzuca mnie od filmu, to dziwny miks nowoczesności i skansenowej, afrykańskiej tradycji. Już wyjaśniam… Według filmu Wakanda jest niesamowicie zaawansowana technologicznie, mają zabawki o jakim nam się jeszcze nie śniło i długo śnic nie będzie. Myślę, że ich poziom wiedzy o naukach ścisłych oraz inżynierii można porównać do poziomu tego, co oferuje w tym samym świecie Tony Stark. Może nawet lekko go przewyższają, bo nie kojarzę, by Stark miał technologię potrafiącą ukryć przed resztą świata całe państwo. A jednak pomimo obcowania na co dzień od dziesięcioleci (lub dłużej!) z taką technologią Wakandajczycy ciągle mocno zakorzenieni są w czymś, co dla mnie jest archaizmem. OK, zrozumiałbym jeszcze pastuchów, którzy na granicy Wakandy odziani w skóry pasą z patykami nosorożce w lepiankach, bo to przecież to tylko zasłona dymna dla ukrycia wysoce rozwiniętego państwa. Przeszkadza mi tradycyjna walka na śmierć i życie w momencie przejęcie władzy przez nowego króla, choć z mojego punktu widzenia cywilizowane ustroje powinny z tego zrezygnować. Przeszkadza mi przywiązanie do rytuałów, kapłan od kwiatków i modły nad zahiberbowanym w sytuacji, gdy można nosić buty z nanobotów, kierować hologramem samochodu albo chronić się polem siłowym ukrytym w pelerynie. Przeszkadza maniera ludzi-goryli, bo ich zachowanie przypomina kacyków sprzed stu lat widzących po raz pierwszy kolonistów. Przeszkadzają mi stroje i ozdoby z kłów zwierząt nawet nie wzorowane na tradycyjnych, afrykańskich odzieniach, ale nimi będące, choć każda inna filmowa i realna technologiczna cywilizacja nie chodzi już w skórach, ale ma nowoczesne kostiumy. Czy Tony Stark chodzi ubrany jak Indianin, albo średniowieczny giermek? Mówiąc inaczej: nie tak wyobrażam sobie pionierów inżynierii. Jak na cywilizację wyprzedzającą nas o dziesięciolecia, to pokazano za dużo wakandyjskiej Cepelii.

Drugi kłopot to naiwność historii tego fikcyjnego państwa. Wakandę udawało się ukrywać przed światem przez setki lat i przez cały ten czas nikt się nie sprzeciwił jedynie słusznej polityce władców, nikt mając do dyspozycji prawie nadprzyrodzone moce nie chciał zapanować nad resztą globu i wszyscy zgodnie i z uśmiechem na ustach trwali w zamknięciu. Nie wierzę. My – ludzie – tak nie działamy. Tą całą naiwność dodatkowo uwidacznia fabuła filmu, bo w trakcie zaledwie kilku filmowych lat dostajemy co najmniej trzy wątki o nieposłuszeństwie. Po pierwsze mamy ojca głównego antagonisty, który widząc biedę na świecie chciałby ze szlachetnych pobudek wykorzystać wakandyjskie zasoby, by pomóc potrzebującym. Po drugie mamy jego syna, formalnie obywatela Wakandy, którego motywacją jest zemsta za śmierć ojca. I wreszcie – i to najważniejsze – mamy w końcu całe plemię Strażników, czyli jedną piątą obywateli Wakandy, którzy gdy tylko pojawia się Killmonger od razu wykorzystują okazję, by ruszyć na podbój okolicznych ziem. I co? I przez tyle wieków była zgoda i harmonia, a tu nagle 20% Wakandajczyków zamienia się w żądnych krwi najeźdźców? To właśnie mi nie gra.

Pomijając jednak te dwa „kwiatki”, to resztę oglądało mi się całkiem dobrze. Owszem, było kilka dziur logicznych, ale mnie osobiście nie kłuły już tak w oczy, jak te dwie kwestie. Było szybko, kolorowo i przygodowo, czyli tak, jak w tradycyjnym filmie o superbohaterach być powinno. I to może być dla niektórych wada, a dla niektórych zaleta, bo z jednej strony dostajemy to, czego się spodziewamy i już wcześniej polubiliśmy, a drugiej… dostajemy znowu to samo. 😉 Czarna Pantera – główny bohater – walczy ze swoim złym odpowiednikiem, który posiada dokładnie te same moce… Popatrzmy na to z tej strony: Iron Man bił się z Jeffem Bridgisem w bojowym egzoszkielecie, Hulk tłukł się z przerośniętym Timem Rothem, Thor miał za przeciwnika brata, nemezis Kapitana Ameryki to Red Skull, itd., itp. Wymieniać można długo, ale widać pewną prawidłowość: wszyscy walczą ze swoimi odpowiednikami, którzy symbolizują ich własne, gorsze i wypaczone wersje.

Żeby współczesny film superbohaterski był lepszy od innych, to musi się wyróżniać. Siłą Strażników Galaktyki był humor, Logan wybijał się pesymizmem i nawiązaniami do filmu drogi, Zimowy Żołnierz próbował sklecić coś na kształt thrillera politycznego, a Wonder Woman… Tak. 🙂 Może to nie jest najlepszy przykład, ale on wyróżniał się naciskiem na role kobiece. A co odróżnia Czarną Panterę od reszty MCU (i DCEU)? Nacisk na role czarnoskórych postaci. Może to coś bardzo znaczącego np. dla Afro-Amerykanów, ale do mnie, czyli do białego, heteroseksualnego Europejczyka nie za bardzo to trafia, bo ich codzienne problemy są mi po prostu nieznane. Muszę szukać innych, bardziej uniwersalnych zalet tej produkcji. Poszukajmy więc…

Na pierwszy rzut weźmy bohaterów i tu po prostu nie mogę pominąć Andiego Serkisa, który jako Ulysses Klaue jest po prostu genialny. Jest zły do szpiku kości, obleśny, pewny siebie, inteligentny i posiada niesamowitą charyzmę. No wypisz wymaluj szalony psychopata pełną gębą. 🙂 Niestety reszta obsady na tym tle wypada dość mizernie. Chadwick Boseman jako główny bohater jest ok, reszta kobiecej obsady też. Michael B. Jordan widać, że bardzo się stara, ale jako główny zły nie dorównuje Ulyssesowi. Być może jest to spowodowane tym, że jego postać jest nakręcana przez złość i zimną nienawiść, a to nie jest na ekranie aż tak widowiskowe, jak szaleństwo. Maniera aktorska Jordana (albo może reżyser) każe aktorowi chodzić przez większość filmu z kamienną twarzą, co najwyżej mrużąc tylko oczy, a to trochę za mało, by zacząć to podziwiać. Jego postać też jest średnia, bo choć plan pokonania Czarnej Pantery nie jest aż tak przekombinowany, jak plan Zemo i składa się tylko z trzech punktów, to ciągle ma bardzo dużo słabych aspektów. Killmonger chciał zwrócić na siebie uwagę Wakandy (co było dość proste), zabić Klaue’a (co już jest trudniejsze, ale ciągle wykonalne), pokonać w walce wręcz Czarną Panterę (!) i liczyć na to, że Wakandyjczycy zechcą podbić świat po wiekach pokoju (!!!). Taaa… Trochę zawiodłem się też grą aktorską Martina Freemana i Foresta Whitakera, bo choć utytułowani i uznani, to nie pokazali tu nic nadzwyczajnego odtwarzając po prostu swoje wcześniejsze role. Momentami miałem wrażenie, że Freemanowy Ross zachowuje się jak Hobbit lub doktor Watson, a patrząc na Whitakera widziałem Sawa Garrerę z Gwiezdnych Wojen.

Fabuła też jest tylko ok i nie bardzo zaskakuje. Jak już wspomniałem master plan głównego złego jest dość prosty i łatwo mógł się zawalić, a on sam nie wydawał się mieć przygotowaną odpowiedź na każdy ruch przeciwnika. Zamiast inteligentnej partii szachów przypominało to raczej parcie do przodu po wyznaczonej linii. Co jeszcze? Producenci dali ciała, bo od pewnego czasu znamy zwiastuny kolejnego filmu o Avengersach, a tam zobaczyć można Czarną Panterę. Oznacza to, że w środku filmu, gdy główny bohater pokonany po walce na śmierć i życie wpada do wodospadu, to nikt nie przejmuje się jego losem, bo i tak wiadomo, że będzie zdrów i cały w kolejnej części. Chociaż z drugiej strony: gdyby nie było tego nieszczęsnego zwiastuna, to i tak fabuła jest dość przewidywalna i od początku wiadomo kto co zrobi, kto wygra, jak to wszystko się skończy i jaka będzie „przemiana” głównego bohatera.

Na plus muszę jednak zaliczyć nawiązania do serii do filmów o agencie Jej Królewskiej Mości. Nie wiem, czy twórcy zrobili to specjalnie, czy to wszystko samo tak wyszło, ale przyznaję, że szczerze się wtedy uśmiechnąłem. Główny bohater najpierw schodzi do laboratorium, gdzie szef naukowców opowiada mu o nowych zabawkach, a część z nich nawet testują. Potem wyrusza na tajną misję, której akcja dzieje się w kasynie dla bardzo bogatych i wtajemniczonych, a która polega na cichym odnalezieniu i uprowadzeniu czarnego charakteru. Czy to nie przypomina sceny, gdy James Bond odwiedza siedzibę Q, a potem w smokingu rusza do Casino Royale, czy innego Las Vegas?

Ostatnia rzecz, o której chciałbym opowiedzieć to realizacja. Film przez większość czasu był czytelny, a kamerzysta – dzięki Bogu! – nie cierpi na Parkinsona, co oznacza, że widz bez problemu orientuje się co się dzieje na ekranie, ale niestety są dwa wyjątki. Pierwszy, to otwierająca film scena odbicia zakładników w dżungli, a drugi to finałowa walka dwóch Panter w jaskinie. Niestety obie sceny są paskudnie ciemne, a dodatkowo bohaterowie noszą czarne kostiumy i w kinie nie zawsze wiedziałem, co właściwie oglądam. Na szczęście to tylko kilka minut.

Podsumowując: film nie jest tragiczny i ma swoje „momenty”, ale jako całość przypomina mi skrojoną pod potrzeby widza i bezpieczną dla producentów produkcję, która swoje ma zarobić. Przewidywalny scenariusz, bez żadnych eksperymentów fabularnych i z dokładnie taką mieszanką emocji, przygody i ekspozycji, jaką średni widz bez większych problemów przełknie. Afro-Amerykanie będą zachwyceni zwróceniem na nich uwagi, ale dla reszty świata przesłanie miłości to może być trochę za mało. Dla nich film ma jeszcze polityczną poprawność i odniesienia do problemów z uchodźcami, ale niestety te ostatnie są podane gdzieś w tle i w dodatku przefiltrowane przez superbohaterskość i nierealny, uproszczony oraz zbyt optymistyczny obraz świata.

W kinie w miarę się bawiłem, ale to w sumie bezpieczny dla wytwórni przeciętniak. Jedyny wyróżnik to inny niż zwykle kolor skóry głównego bohatera, ale całą reszta już dobrze znamy.

Recenzja według Wookiego

Śmiecho dosyć wyczerpująco potraktował temat, więc tym razem będzie nie w moim stylu, czyli krótko 😛 W większości zgadzam się ze wszystkim, co napisał mój przedmówca. Największą różnicę w zdaniu mamy w przedstawieniu samej Wakandy. Mnie osobiście bardzo podobało się to połączenie tradycji z nowoczesnością – być może do tej pory żadna nasza ludzka cywilizacja nie była tak wierna tradycji – nawet giganci azjatyccy jak Chiny i Japonia dosyć mocno zrezygnowała ze swoich tradycji i nie są z nimi tak nachalni. Jednak z drugiej stronie są im nadal wierni – chociażby Shinto w Kraju Kwitnącej Wiśni. Do tego gdy patrzę na pędzące z ogromną prędkością ku nowoczesności kraje Bliskiego Wschodu, gidze szejkowie nadal ubierają się w tradycyjne białe szaty i okrycia głowy a nie w „garniaki”, powoduję, że jakoś przyjmuje to, że tak zaawansowany technologicznie kraj jak Wakanda „ubiera” się w skóry i pazury – ot taka ich tradycja i ją kultywują. Oczywiście nie przyjmuję tego w całości, bo trudno się nie zgodzić z argumentem Śmiecha o zdobyciu tronu w jakąś może niecałą godzinkę. Po pierwsze zasady obywatelstwa są dosyć kretyńskie – byle frajer zrobi sobie tatuażyk i jest czarnoskóry, to może sobie do Wakandy wejść.  Do tego wybór władcy w tak potężnym kraju jest wręcz śmieszny – przyjdzie sobie ktoś, udowodni że ma pretensje do tronu, pokona drugiego pretendenta w walce i już jest królem, którego każdy posłusznie słucha. Jakby taki pojedynek miał pokazywać jego kompetencje jako dobrego władcy, a jego poglądy nie miały żadnego znaczenia. No przecież, skoro komuś skopał tyłek, to musi być świetnym królem. A to że chce palić i mordować i stoi to w opozycji z Wakandyjską racją stan… walić to, przecież pobił poprzedniego króla…

Bardzo żałuję, że to własnie Killmonger był głównym złolem w tym filmie – no chyba, że faktycznie T’Challa by zginął, a Erik faktycznie stałby się nową Czarną Panterą – to byłoby odważne, zaskakujące i z jajami, jednak rozumiem, że to zbyt odważny krok dla Marvela. Ulysses był za to fenomenalny i szkoda, że z jego postacią rozprawiono się właśnie w taki sposób. Andy Serkis to dla mnie największa petarda tego filmu. Drugą był szef zbuntowanego plemienia górskich goryli, którego krótki występ na ekranie sprawił mi wiele radości. Niestety muszę się zgodzić ze Śmiechem w sprawie reszty obsady. W Większości było poprawnie i równie zawiodłem się na Freemanie i Withakerze – mam wręcz te same przemyślenia co mój przedmówca.

Wizualnie i dźwiękowo film mi się podobał. Wakandyjskie pejzaże budują klimat i po prostu cieszą oko – czuć afrykański klimat. Wszystko to jeszcze podbija klimatyczna, momentami bardzo afrykańska muzyka z plemiennymi chórkami. Efekty specjalne oczywiście są napakowane na maksa, ale przeważnie nie rażą w oczy. Może momentami czuje się ich przesyt, jak na przykład w scenie pościgu w Korei, gdzie trochę się męczyłem – wszystko było sztuczne i przydługawe. Natomiast sama wygenerowana komputerowa Wakanda i jej cudeńka technologiczne nie powodowały we mnie żadnych negatywnych odczuć. Niestety muszę się zgodzić natomiast ze Śmiechem w kwestii scen walki – te najważniejsze były oczywiście w ciemnej scenerii i miału mnóstwo cięć, co mnie osobiście męczy.

Na koniec zostawiłem sobie samą fabułę. Ogólnie film mi się oglądało przyjemnie i jest to całkiem spory komplement w przypadku filmu, który już gazylionowy raz powiela ten sam schemat – główny bohater walczy ze swoim złym klonem. Wciąż Marvel potrafi jakoś zainteresować mnie i spowodować, że oglądam to z pełną uwagą. Mocne inspiracje bondowskimi tudzież szpiegowskimi filmami również wpłynęły na to, że jakoś to wszystko kleiło się to kupy. Tak, było sporo luk logicznych – jak wybór Killmongera na króla w ciągu 60 minut od jego przyjazdu, czy w zasadzie od początku bezsensowna walka plemienia strażników z gwardią królewską w finałowym akcie, a oddziały obu walczących stron w scenerii sawanny pojawiają się znikąd, ale kto by się tym przejmował 😛

Ostatecznie wyszedł całkiem poprawny, niczym nie wyróżniający się produkt Marvela. Umówmy się, to że tam akurat grają głównie czarnoskórzy aktorzy, nie może wpływać na to czy film jest dobry, czy wyróżniający się, podobnie z resztą jak to miało miejsce z Wonder Woman. Szkoda, bo po Kapitanie Ameryce, gdzie po raz pierwszy zobaczyłem Czarną Panterę, miałem spore nadzieje, co do jego władnego filmu. Na szczęście w porównaniu z ostatnim nowo poznanym bohaterem MCU, czyli Doktorem Strange’m jak i z resztą ze wspomnianą Wonder Woman wychodzi nadal lepiej. Osobiście oceniam Czarną Panterę na 6/10. Mogło być zdecydowanie lepiej, odważniej z porządnym pieprznięciem, jednak Disney i spółka postanowili pójść znaną ścieżką, którą mają już opanowaną i się nie raz już sprawdziła.

Recenzja według Mavisa

Śmiecho i Wookie bardzo skrzętnie omówili każdy aspekt filmu, dlatego skupie się na moich odczuciach związanych z tą ekranizacją. Po pierwsze: cechą charakterystyczną jest obsada, która chyba 99% składa się z czarnoskórych aktorów (nie liczyłem, ale takie odnoszę wrażenie). I o dziwo nie ma żadnych protestów, że w filmie jest za mało białoskórych postaci, czy że jest coś ujmującego w tym, że główny czarnoskóry bohater jest „Czarną” Panterą. Taaaaak, to z pewnością coś mówi o podwójnych standardach i tym bardziej skłania nas do opisywania filmów czy seriali takimi jakimi są, a nie powstrzymywania się od pisania tylko przez to, że komuś się to nie spodoba czy utwór należy do jakiegoś „nietykalnego” uniwersum. Ten film uznałem za miłą odmianę na podobnej zasadzie, jak miłą odmianą były przygody Strażników Galaktyki, których akcja toczy się w Kosmosie. Tu mamy Afrykę i do tego zaawansowaną technologie. Tak jak wspomnieli moi przedmówcy, ja również zbytnio nie pałałem za motywem tradycyjnej metody wyboru na króla. Jak dla mnie te plemiona żyjąc ze sobą tyle lat, powiązały się tak ściśle, że powinny wybierać swojego władce w bardziej demokratyczny sposób, zamiast rozgrzebywać  podziały na klany.

Po drugie: Dla mnie też Ulysses był fenomenalnym złym, strasznie podobała mi się, scena ucieczki z kasyna, gdzie jak dziecko cieszył się, że rozpętała się strzelanina. Dlatego też nie jestem pocieszony faktem, że ta postać już nie zostanie wykorzystana w kolejnych Marvelowskich odsłonach. Po trzecie: obraz nowoczesnego miasta i latające pojazdy wizualnie robią ładne wrażenie i stwierdzam, że obraz oglądany w technologii 3D nie jest potrzebny. Wręcz przeszkadzał w scenach walki, gdzie i tak już mało było co widać. Po czwarte: w filmie zabrakło kapitana Ameryki. Nawet o nim w filmie nie wspomniano. Chciałbym jedynie zobaczyć jego minę, jak po paru godzinach wychodzi z sauny i zaczyna drapać się w głowę: co ja przegapiłem? Dwie koronacje na Króla? Rebelie? W sumie trzecią koronacje na Króla też, po tym jak T’Challa odzyskał tron… Ech zostawić Was na moment samych! Gdzie moja tarcza 🙂

Film mi się miło oglądało, choć prawdę mówiąc jakiś wybitny nie jest, jest dobry, choć ubrany tak, że może sprawiać inne wrażenie.