Star Trek TAS: The Lorelei Signal ? recenzja (odcinek 1×04)

Enterprise ma za zadanie zbadać miejsce, w którym co określoną ilość czasu giną statki. Zaginięcia zgłosiła Fedracja, Klingoni, Romulanie, więc jak widać sprawa jest poważna. Na miejscu nasz statek odbiera dziwny sygnał, który dla każdego męskiego przedstawiciela swojego gatunku oznacza coś innego. Na przykład Scotty słyszy szkocką muzykę a Spock wolkańskie bębny z melodią używaną przy zawarciu małżeństwa. Mimo zdziwienia żeńskiej części załogi Enterprise wyrusza ku źródłu sygnału. Tam teleportując się (w męskim składzie) spotykają rasę kobiet pod przewodnictwem niejakiej Theeli. Zostają zaproszeni na ucztę, gdzie znowu każdy z nich ma wrażenie, że pije swój ulubiony napój. Po imprezie budzą się z dziwnymi obręczami na czołach i gwałtownie się starzeją. Okazuję się, że rasa ta wysysa życie z męskich osobników. Na szczęście, Uhura postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i ratuje męska cześć załogi przed niechybną śmiercią. Nie wiem czy ten epizod miał być rekompensatą za pokazanie kobiet w „Turnabout Intruder”, ale wyszło to bardzo ciekawie. Taka zamiana ról, zawsze jest odświeżająca a miło było raz zobaczyć nasze panie w akcji. Ciekawy był też pomysł na tę kobiecą nację. Bardzo fajny odcinek.