Star Trek Discovery ? ?Will You Take My Hand?? ? sezon 1, odcinek 15, recenzja

Ostatni odcinek pierwszego sezonu… Doczekaliśmy się i co ważniejsze: dotrwaliśmy do końca. Łatwo nie było, a jak wypadł sam finał? Zapraszamy do zapoznania się z naszym punktem widzenia na ten temat.

Recenzja według Mavisa

Finałowy odcinek serii pod znaku Star Trek był dla mnie przewidywalny, przez co nudny. Zacznijmy od początku: załoga udaje się na Qo’noS w celu stworzenia mapy taktycznej. Jednak jak to już było zarysowane w poprzednim odcinku, lustrzana Kapitan Georgiou ma do wykonania inne zadanie. Akcja niemiłosiernie przebiega tak prostoliniowo, że aż krwawi z oczu. Na mojej liście cała pierwsza połowa odcinka była zawarta w jednym punkcie, którego w myślach odhaczyłem.  Jeśli ktoś jeszcze przypuszczał, że fabuła będzie miała jakieś zwroty, tak jak to miało miejsce w misji infiltracji statku Krillów w Orville’u, to się kolejny raz rozczaruje. Koniec końców, ojczyzna planeta pseudoKlingonów nie wybucha, klany zostają zjednoczone, wojna się kończy… i tu nie wiem jak mocno trzeba walić głową o mur, żeby zapomnieć o tych wszystkich głupotach, które stworzyli scenarzyści. Na początek, przywódcą pseudoKlingonów zostaje osoba z detonatorem (nawet nie chce mi się omawiać jakie implikacje z tego płyną) i to jednoczy wszystkich i nagle wszyscy są „honorowi”… Tak, w Discovery ciągle jest mowa o „honorze”. Obie strony na przemian powtarzają w kółko, „jesteśmy honorowi”, „w tym nie ma honoru”, „nie jesteście honorowi”, „jesteście honorowi”… ale czym jest „honor” dla pseudoKlingonów? Tego nikt w tym serialu nie raczy wyjaśnić! To przypomina sytuacje, gdyby ktoś ciągle powtarzał „w drugim pokoju jest wspaniały wazon”. Jednak nigdy by nie było określone: jak duży jest ten wazon, czy jest szklany, czy ceramiczny, a może metalowy, czy wisi, czy stoi, jakiego jest koloru? Z resztą nie tylko o „honorze” się tylko mówi, ale do tego wątku wrócę trochę później. Kolejną sprawą jest rozwiązanie całej sytuacji wojennej, a mianowicie odbywa się to przez krótkie stwierdzenie, że pseudoKlingoni oddali całe zagarnięte terytorium i następuje wielki pokój. Tak po prostu. To tak jakby komuś zamordować rodzinę, spalić dom, zagarnąć ziemię i pobić do nieprzytomności, a potem powiedzieć: „nic się nie stało, masz tu swoją ziemie z powrotem”.  Już nie mówiąc jakie możliwości utracił Star Trek Discovery, gdyby pokazali proces negocjacji, początkową nieufność obu stron, aż do ustanowienia porozumienia.

Druga część odcinka składa się na omówione już podsumowanie działań wojennych i wręczenia medali załodze Discovery. Osobiście nie podobał mi się montaż całej sytuacji, w którym to przerywano dialog Burnham z ujęciami wręczania odznaczeń. Ten cały dialog doprowadził mnie do śmiechu! Bo Michael opisuje w nim np. trud i cierpienie w czasie wojny, które doświadczyła cała załoga… tak, z tym że w pierwszej bitwie brał udział Shenzhou, Discovery pojawił się pół roku później, a po paru bitwach zaginął w Mirror Universe. Podczas dziewięciu miesięcy nieobecności, rozpętało się piekło wojny (przynajmniej tak widzom powiedziano), którego załoga nie doświadczyła. Przybyli na same zakończenie, gdzie po kryjomu dostali się na Qo’noSa. Tak więc praktycznie nie mieli styczności z wojną. Zresztą w całym serialu widz nie miał okazji zobaczyć ani wojny, ani okrucieństwa z tym związanego. Tak więc śmiałem się przez łzy na ten kawał jakim poczęstowali mnie twórcy serialu. Na koniec jeszcze nastąpiło jedne wydarzenie, o którym trzeba napisać. Otóż,  Discovery w drodze po nowego kapitana, zostaje zatrzymany przez Kapitana Pike’a dowodzącego USS Enterprise. Z jednej strony się ucieszyłem, zwłaszcza, że model statku nie odstawał zbytnio od pierwowzoru, a z drugiej strony już się boje na myśl, co scenarzyści z tym zrobią. Jest jeszcze trzecia strona. Mianowicie nowi widzowie, którzy coś mogli słyszeć o legendarnym Enterprisie, ale nie musieli. Gdybym był świeżynką zadał bym pytanie: no i? Pojawił się „jakiś” statek i jak mam zareagować? Bać się, ekscytować? W jednym odcinku co prawda  padło nazwisko Pike, ale to wszystko, zero wzmianki o Enterprise. Gdzie był w czasie pierwszej bitwy, co robił podczas wojny, że wygląda jak nówka sztuka? Nawet nie wiemy, że to flagowa jednostka. Dlatego sądzę, że dla nowego widza ten cliffhanger jest całkowicie niezrozumiały.

Podsumowując, odcinek nie był zły. Nie było dziur fabularnych. Jako odcinek kończący serial, był przewidywalny i mało ekscytujący. Nie zachęcił mnie również do ponownego obejrzenia tego sezonu, jak i kolejnego drugiego.

Recenzja według Wookiego

No cóż… zakończenie wojny było takie jak sama wojna pokazana w tym miernym serialu. Tak w zasadzie można skwitować finał pierwszego sezonu Star Trek Discovery. Wbrew pozorom jednak uważam ten epizod za jeden z najlepszych. Problem w tym, że nadal na tle konkurencji wypada raczej słabo i bez polotu. Jak zawsze zacznijmy od pozytywnych aspektów „Will You Take My Hand?”, bo jak przystało na czołówkę odcinków, coś dobrego w sobie musiał mieć. Pomijając sam debilny, infantylny i wyświechtany pomysł zakończenia jakiejkolwiek wojny lecąc na planetę/stolicę wroga, to muszę przyznać, że całkiem przypadła mi do gustu dzielnica oriońska na Kronosie. W końcu dostaliśmy jakieś interesujące informacje na temat samych Klangonów – utrzymują stosunki dyplomatyczne z piratami z Oriona, poznajemy jedną z ich gier hazardowych, o samych zielonoskórych kosmicznych korsarzach też co nieco pokazano. Co więcej Orioni wyszli nawet całkiem nieźle w kontekście odwołania do uniwersum Star Treka, może trochę za bardzo owłosieni i zabrakło nawiązań do słynnych na cały kwadrant alfa oriońskich niewolnic, ale było ok. Na plus zaliczam też cameo Clinta Howarda, który już wielokrotnie pojawiał się w odcinkach Star Treka różnych serii, od oryginalnego TOSa począwszy. Momentami, w dzielnicy oriońskiej zacząłem nawet czuć, że faktycznie nie oglądam miernego serialu sci-fi dla nastolatków, tylko kolejnego Star Treka. Szkoda, że te momenty były krótkie i otoczone kolejnymi idiotyzmami scenarzystów. Nie mogę też nie wspomnieć o aspekcie humorystycznym w tym odcinku, czyli Tilly i jej perypetie na Kronosie i konfrontacja z Imperatorką… rany jak postać rudowłosej kadetki jest niewykorzystana w tym serialu, zresztą jak praktycznie każdego, kto pojawia się na ekranie, oczywiście poza Lorką, który jako jedyny moim zdaniem został w miarę kompletnie, jak na warunki Star Trek Discovery, napisany.

Wróćmy jednak do grzechów głównych serialu, czyli luk scenariusza wielkich niczym Wielka Czerwona Plama na Jowiszu. Zacznijmy od zachowania się Philippy po przejęciu dowodzenia nad USS Discovery. Jej zachowanie, jak rozumiem, według scenarzystów miało być śmieszne, ale wyszło to okropnie. Jakim cudem, nikt z załogi mostka nie nabrałby podejrzeń, że coś tu jednak panią kapitan jest nie tak, szczególnie, że właśnie do jasnej cholery wróciliście z Mirror Universe, gdzie Terranie, praktycznie wszyscy właśnie tak się zachowywali. Na dodatek wszystko sprzęgło się ze zmartwychwstaniem Georgiou… i nikt nie połączył tych faktów… rewelacyjni oficerowie… Zaraz potem dostajemy na twarz realne zagrożenie… trzeba ścigać się z czasem, bo zjednoczona flota Klangonów leci zaatakować Ziemię, stolicę Federacji. Zaraz zaraz, ale jak zjednoczona? To jak podzielili się i jest ich 24 klany i dlatego są groźni? Czy jednak się zjednoczyli i zagrażają Układowi Słonecznemu, ale wtedy nie powinni być tak groźni, bo nie jest już 24 klany, tylko jedna nacja… Ale nie jak się dowiadujemy w trakcie tego odcinka, są podzieleni… ale jednak zjednoczona flota… What The FUCK? Co więcej Gwiezdna Flota jest świadoma zagrożenia atakiem, widzi flotę na czujnikach, jednak Klangoni, mimo widocznej obrony na swojej rodzimej planecie, federacyjnego statku nie wykrywa. Ziemia, mimo statusu stolicy jest oczywiście bezbronna.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak samo zakończenie wojny. Podstawa takiego stanu rzeczy to gwiezdnowojenny infantylizm, czyli wybuchnijmy całą planetę małą teczuszką. Już jest głupio. Ale to jak to się ostatecznie potoczyło, to już przekracza wszelkie granice beztalencia i braku kompetencji scenarzystów. Jeniec wojenny, dostaje wybuchowy przycisk i za pomocy szantaży (czyli najwyraźniej w realiach klangońskich bardzo honorowo) jednoczy Klangonów ale w taki sposób, że już nie będą walczyć. Bo przecież właśnie Federacja nie chciała im wybuchnąć planety, a ich flota w cale nie miała właśnie podbić Ziemi. Co więcej, najeźdźcy oddadzą wszystkie okupowane terytoria.  Jak wspomniałem na początku, dostaliśmy takie zakończenie wojny, jaka była cała ta wojna – słabe, nijakie, niewiarygodne, bezpłciowe, bez polotu czy pomysłu i tak dalej.  Do tego dochodzi sztuczność scen, które z założenia miały być przepełnione patosem i wzruszeniem. Jednak efekt był całkowicie odwrotny. Kiedy załoga buntuje się przeciwko wybuchnięciu Kronosa i mówi”We Are Starfleet”, to jedyne co czułem to zażenowanie i rozbawienie. Ta scena była tak nieprzystająca do całego serialu, do tego co widzieliśmy do tej pory i do tego tak tragicznie zrealizowana, że naprawdę nie wiem, kto mógłby dać się na to nabrać. Wspominana już przez Mavisa przemowa na uroczystości odznaczenia załogi Disco za to jest też pełna hipokryzji. Jak mój przedmówca zauważył, gdzie oni tak ciężko walczyli? Gdzie oni z drugiej strony eksplorowali i poznawali nowe cywilizację? Przez to znów poczułem tylko żenadę i brak polotu. Wiem co mieli na myśli twórcy, jak z resztą przez większą część tego odcinka, ale wszystko to robili źle, nieudolnie i bez jakiegokolwiek warsztatu. Znów zastanawiam się, gdzie te wszystkie miliony dolarów poszły? Efekty specjalne – wątpliwe, render max na Amidze, scenariusz – robili kursanci studium wieczorowego scenopisarstwa albo licealiści na kółku filmowym, reżyseria – leży, w zasadzie jej nie widać  w wielu scenach,  aktorzy – w zasadzie dwa lub trzy większe nazwiska i to tylko jedna gaża była rolą główną, więc to też nie mogło kosztować. Fakt, brawa za scenografię, kostiumy, charakteryzację i kilogramy silikonu na mordach Klangonów, ale to też tyle kosztować nie mogło. Więc gdzie? Czuje tutaj szwindel 😛

Nieco nadzieją natomiast, ale zarazem też obawą napawa mnie scena końcowa odcinka czyli randevous  Disco i Entka NCC-1701 z kapitanem Pike’iem na mostku. Tak jak wspomniał Mavis, prawdopodobnie wszystkim tym, którzy zaczynają przygodę ze Star Trekiem od ST:Discovery w zasadzie nic to nie powie i mają to gdzieś. Natomiast ktoś, kto uniwersum zna może z jednej strony czuć ulgę i nadzieję – jest Enterprise, w końcu może będzie więcej nawiązań i respektu dla uniwersum. Jednak z drugiej strony, po tym co do tej pory zobaczyliśmy można mieć obawy, czy czasem nie spieprzą największej świętości w kanonie, czyli historii flagowego okrętu Floty, który jak słusznie Mavis znów zauważył,  nie wiadomo gdzie był w tej przecież tak „wyniszczającej” i „tragicznej” wojnie, skoro nie ma ani jednego zadrapania na sobie, coś to flagowanie średnio mu musiało wychodzić 😉

Jest to ostatni odcinek więc oprócz oceny samego epizodu, czuję potrzebę podsumowania całego sezonu. Po tym co zobaczyłem naprawdę nie wiem dla kogo jest ten serial, a zastanawiam się nad tym już w zasadzie od listopada. Dla starego fandomu? Raczej nie, bo showrunnerzy postanowili obrzucić pięćdziesięcioletnią tradycję uniwersum własnymi fekaliami i nie obchodzi mnie, jako widza czy fana, że nie mieli licencji, albo pieniędzy na nie i dlatego wszystko zmienili. Można to było tak wymyślić, żeby wszystko było spójne i zgodne z kanonem – chociażby tak jak sami fani podpowiadają ze wszystkich stron – przenieść fabułę sporo w przyszłość po Voyagerze wtedy i Klangonów dałoby się wytłumaczyć, grzybnie kosmiczną przełknąć, inny wystrój Mirror Universe zrozumieć. Może więc jest to serial po prostu dla miłośników dobrych seriali, w końcu mamy teraz złoty wiek tego gatunku? Nie z tą archaiczną formą, brakiem jakiegokolwiek scenariusza i porażająco płytkimi postaciami. Wbrew temu, co próbowali twórcy nam wmówić przed premierą pierwszego odcinka, nie jest to serial nowoczesny. Jest to de facto procedural ubrany w łaszki, aby to kamuflować, jednak nadal było to praktycznie przez pół sezonu new episode, new story. To, że mieliśmy story arki rozciągnięte na kilka epizodów, nowoczesnym Star Trek Discovery jeszcze nie czyni. Pomijając jednak ten fakt, zwróćmy uwagę na scenariusz. On jest po prostu potworny i nie ma tutaj znaczenia, czy kaleczy czy nie samo uniwersum Star Treka, nie jest to w tym kontekście istotne, bo po prostu historia przedstawiona w Disco jest zwyczajnie głupia, infantylna, wtórna, niekonsekwentna i nieprzemyślana. Postacie są płytkie, średnio zagrane może poza Lorką, Sarekiem i przebłyskami Burnham, a na dodatek nadal nie mam pojęcia jak nazywają się załoganci Disco poza Michael, Lorką, Tilly i Saru. Ktoś powie, ale to nowy Star Trek, więc to też na nowo wymyślono. Ok, z tym że ja nie mówię, że to jest nie trekowe, tylko po prostu słabe w kontekście seriali w ogóle. Weźmy na przykład takie seriale jak Gra o Tron, Westworld, Dexter, Breaking Bad, Sons of Anarchy, House of Card. Czy tam też na koniec sezonu nie dało się nic powiedzieć na temat połowy obsady, która pojawiała się w niemal każdym odcinku? O postaciach głównych nie wspomnę, bo to kompletnie inna liga w tworzeniu głębi bohatera. Zatem komu może się ten serial spodobać? Myślę, że przede wszystkim osobom nowym  w gatunku science-fiction, którzy po prostu jeszcze nie dotarli do lepszych pozycji tego gatunku i to co tutaj zaprezentowali twórcy ich jeszcze jest w stanie przekonać. Idąc dalej, być może przypadnie do gustu, w ogóle widzom, którzy zaczynają przygodę z serialami. W obu przypadkach, po prostu brak otrzaskania z tematem działa na korzyść Star Trek Discovery. Dla mnie natomiast to serial ze wszech miar słaby, któremu brakuje w zasadzie wszystkiego. Pomijając, że nie czuć w nim ducha Star Treka, to nie ma tutaj niczego ciekawego. Scenariusz jest naprawdę słaby zarówno pod względem historii jak i postaci. Wszystko jest sztuczne, przewidywalne, jednopoziomowe, bez żadnego prowokowania do refleksji. Jest to zdecydowanie coś, bez czego serial w tych czasach nie jest w stanie pociągnąć. Weźmy konkurenta, który deklasuje Disco w przedbiegach, czyli The Expanse. Mając zaplecze w postaci scenariusza – ciekawej fabuły i intrygującym bohaterom, można przeżyć to, że aktorzy dopiero szlifują swój warsztat. Uniwersum jest spójne, przemyślane i konsekwentnie kreowane, czego nie można powiedzieć o Discovery, które może czerpać z 50 lat doświadczenia! Przecież to zakrawa o kryminał! Póki co nie mogę polecić Star Trek Discovery nikomu, lepiej zainteresować się „The Orville”, który mimo braku wyrazów Star Trek w nazwie prawdziwie rozumie jego ducha i jest prawdzimym spadkobiercą 50 lat jego historii. Mam też nadzieję, że pojawienie się USS Enterprise w ostatniej scenie Disco oznacza też nową jakość we wszystkich aspektach serialu.

Recenzja Wkurzenie według Śmiecha

Zawiodłem się. Ostatnia szansa na podciągnięcie jakoś poziomu serialu została zmarnowana, a na dodatek Twórcy jak gdyby nigdy nic w „After Trek” wychwalali się wzajemnie pod niebiosa i radośnie klepali po ramionach świętując sukces. Jakby wszyscy  bali się powiedzieć na głos, że cesarz jest nagi… Aż mdło się robiło…

Wookie z Mavisem doskonale podsumowali już serial, więc nie mam za wiele do dodania. Miało być wciągająco i zaskakująco, a było nudno i przewidywalnie. Miały być głębokie postaci i nowoczesny serial, a były jednowymiarowe kartony i potworek, który nie mógł się zdecydować czym chce być. Miało być epickie zakończenie przygody, a dostaliśmy przekonywanie widza wbrew logice, że przekazanie przeciwnikowi przysłowiowego „guzika atomowego” nagle zakończy wojnę, pogodzi zwaśnione klany i wprowadzi pokój i dobrobyt w galaktyce…

Proponuję mały eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że to nie jest Trek, postacie nie mówią o Zjednoczonej Federacji Planet i nie latają okrętem w kształcie spodka z dwoma silnikami z tyłu. Spójrzmy na Discovery jak na coś zupełnie oderwanego od tego, co znamy. Nie zachwycajmy się przez moment tym, że pokazano powierzchnię planety o której słyszymy od 50 lat, że widzimy znane i lubiane rasy, oraz że na ekranie w ostatniej minucie pokazał się ukochany przez miliony USS Enterprise. Spójrzmy na serial przez pryzmat jakości scenariusza, sposobu prowadzenia fabuły, głębi pokazanego świata, motywacji bohaterów i nagle okaże się, że dostaliśmy dramat. I nie mam na myśli teatralnego znaczenia tego słowa.

Fabuła nie zaskakuje i można ją przewidzieć na sporo do przodu, o większości faktów dowiadujemy się z ust bohaterów, zamiast przez ich działania, a na dodatek to, co mówią postacie nierzadko nijak ma się do tego, co widzimy i często musimy wierzyć im na słowo. Sztandarowy przykład: podobno mamy wojnę. Podobno, bo poza bitwą w Układzie Podwójnym na początku ani razu nie pokazano nam walk, a o okropnościach dowiadywaliśmy się, gdy bohaterowie rozmawiali na błyszczącym i odpicowanym mostku okrętu nie biorącego udziału w walkach. W dodatku podczas zakrapianej imprezy tanecznej. Zresztą o bohaterach też niewiele można powiedzieć, bo znamy raptem 6 osób, łącznie z Sarekiem i Muddem. Nie mam na myśli nazwisk, ale ich charakter i motywację. Co można powiedzieć o obsłudze mostka? Nic. Są.

Gdyby to był pierwszy serial z uniwersum Treka, z którym miałbym do czynienia, to nigdy nie zainteresowałby mnie do poznania reszty i zostania Trekkerem.

Nie winię aktorów i reżyserów (z Frakesem na czele), bo dostali materiał przygotowany przez scenarzystów i zatwierdzony przez showrunnerów. Winię właśnie tych ostatnich razem z pełzającą poprawnością polityczną i ich całym konformizmem. Buziak między gejami na ekranie w 2018 roku to nic nadzwyczajnego. Padające raz przekleństwo jako oznaka postępu? Błagam… Do tego motywacja twórców, którzy wprost przyznają, ze tworząc Klingonów tak na prawdę chcieli pokazać zwolenników prezydenta Trumpa, a wojna była inspirowana podziałami politycznymi w Ameryce po wyborach prezydenckich… Czytaj: „nie zgadzamy się z czymś w realu, więc zamiast skupić się na tworzeniu ciekawego serialu zróbmy coś, co dopiecze tym złym”.

Nawet nie chce mi się tego bardziej komentować. Minął tydzień, a jedyne, co mi przychodzi do głowy, to taki obrazek: