Kosmos 1999: Space Warp ? recenzja (odcinek 2×15)

Mamy tu odcinek dwuwątkowy. W pierwszym z nich zgubieni Tony i John (dowódca bazy Alpha) próbują odnaleźć drogę do domu. To znaczy na Księżyc. Zapewne was ciekawi jak to się stało, że się zgubili? Otóż radośnie polecieli sprawdzić co to za tajemniczy statek pojawił się w ich pobliżu. W czasie ich lotu nasz Księżyc wpadł w hmm..jakby to powiedzieć szczelinę w kosmosie (nazwali to space warp) i wyrzuciło go 5 lat świetlnych od komandora Koeninga. niestety okazuję się to być zbyt daleko, żeby im przesłać wiadomość albo cokolwiek. Co prawda w poprzednich odcinkach pokazywano nam doskonałe czujniki Alphy i spory zasięg Orłów, ale kto by tam się przejmował. Tak wiec przez cały odcinek dowódca i Tony próbują odnaleźć tę szczelinę. Udaje im się to przy pomocy obcych, którzy żyli na tajemniczym statku. Okazuję się bowiem, że posiadali oni wykrywacz szczelin i na nagraniu pokazali dokładnie krok po kroku jak ją odnaleźć. Prawda, że mili kosmici? Byli nawet na tyle uprzejmi, że zostawili nagranie w języku angielskim. Pełna kultura. Tak więc używając ich wiedzy Koening z kumplem wracają do Alphy. Jak wspomniałem jest jeszcze drugi wątek, który dzieje się równolegle. Maya, ostro zachorowała i wpadła w dziwny stan. Zaczęła majaczyć, że znowu jest na Psychonie (jej rodzima planeta) i, że musi uratować ojca. Pani doktor przytomnie każe Mayę związać dla bezpieczeństwa. Sam pomysł nawet dobry, gdyby nie to, że Maya może zmienić się dosłownie we wszystko. Szybko wyswobadza się z więzów i przez resztę odcinka widzimy ją podczas zabawy w „gonito” (tak się mówiło za czasów mego dzieciństwa) z resztą załogi. Cóż mam powiedzieć? Epizod mimo dwóch wątków jest wyjątkowo nudny, głupi i bezsensowny. Postacie zachowują się jak debile, a o końcowym żarcie nawet nie chce mi się mówić. Słabizna i tyle.