Star Trek Discovery – „The War Without, The War Within” – sezon 1, odcinek 14, recenzja

Za nami przedostatni odcinek w pierwszym sezonie „Star Trek: Discovery”, w którym załoga musi się zmierzyć z sytuacją po powrocie z lustrzanego uniwersum. Czy tym razem udało się scenarzystom zainteresować nas tym, co zobaczyliśmy na ekranie? Co kombinują twórcy, żeby w ostatnim odcinku wywołać w widzach uczucie oczekiwania na kolejny sezon?

Recenzja według Śmiecha

Po oglądnięciu tego odcinka miałem wrażenie, że bardzo niewiele tu się dzieje, a cała akcja jakby przyhamowała. Niby zaczęło się z przytupem, po pani Admirał powróciła i przejęła okręt, ale potem miałem wrażenie, że postacie głównie zajęte są snuciem po pokładach statku i marudzeniem. Może scenarzyści zostawiają sobie coś w zanadrzu na ostatni odcinek? Oby…

W każdym razie powrót pani Admirał (sorry, nie pamiętam nazwiska) jest dosyć tajemniczy. Ostatnim razem chyba widzieliśmy ją po tym, gdy wyruszyła z misją dyplomatyczną do Klingonów, co skończyło się wybiciem jej całej obstawy i aresztowaniem jej samej. Jak dostała się do Federacji? Czy uciekła, czy by też była wykupiona? Co robiła przez te kilka miesięcy? Tego scenarzyści nam nie tłumaczą, a szkoda, bo mogłoby to być bardzo interesujące. Widz ma po prostu uwierzyć, że postać pani Admirał była w niewoli, a teraz już nie jest. Wygodne, co nie?

Dla odmiany uważam za ciekawe to, jak rozwinęła się sytuacja taktyczna na froncie wojny Federacji z Klingonami. Chodzi mi tu o fakt, że Klingonom nie udało się utrzymać jedności i każdy klan zaczął atakować naszych na własną rękę. Jak to powiedziała jednak z postaci: „Nie walczymy z jednym przeciwnikiem, ale z dwudziestoma czterema”, a jak powszechnie wiadomo: „Kiedy wrogów kupa, i Herkules d**a”. 🙂 Nie jest to nieprawdopodobne i jako fabularne rozwiązanie pchające akcję do przodu uważam taką sytuację za ciekawą, a przynajmniej dającą ogromne pole do popisu scenarzystom (chwilowe sojusze, itd.). Problem w tym, że scenarzyści mają tylko 45 minut, by to wykorzystać.

Niestety na tym muszę zakończyć peany na cześć tego epizodu, bo chwilę później pojawiają się głupie błędy. Od drobnostek w stylu „najpierw mówimy, że jest niebezpiecznie i nie zaleca się podróży w warp, a potem puszczamy Sareka samego”, po kuriozum w stylu terraformowanie (czy też zagrzybianie) jałowej planety tylko po to, by rozmnożyć zarodniki grzyba i mieć „paliwo” na podróż. Skoro rozmnażanie plechy i zebranie zarodników jest takie proste, to dlaczego wcześniej tak bardzo marudzono na deficyt paliwa do grybo-napędu? Zagrzybianie planety trwało… ile? 30 sekund? Szast-prast, mamy paliwo, lecimy dalej! I nie miauczymy, że nie mamy zarodników na powrót do domu i nie kombinujemy z plecho-wybuchem jako jedynym wyjściem, gdy leci się na oparach…

Nie byłem zaskoczony obsadą pustego wakatu na kapitana Discovery przez mirror-Georgiou, bo choć nie przewidywałem takiego rozwoju fabuły, to gdyby się dobrze zastanowić, to chyba jedyne rozsądne użycie tej postaci. Scenarzyści zafundowali nam wzorcową klamrę kompozycyjną: w pierwszym i ostatnim odcinku sezonu dokładnie te same osoby zajmują dokładnie te same stanowiska na okręcie (może nie formalnie, ale z racji obowiązków). Znowu mamy kapitan Georgiou, Michael pełniącą obowiązki pierwszego i Saru w pobliżu konsoli naukowej. Mam tylko nadzieję, że mirror-Georgiou zafunduje nam kilka bardziej nieprzewidywalnych niespodzianek za tydzień.

Czy to dobry odcinek? Raczej przeciętny, może odrobinę powyżej przeciętnej. Miło było usłyszeć nawiązanie do znanego uniwersum (wspomniano o wizycie na Qo’noS kapitana Archera), ale z drugiej strony takie nawiązania przypominają, że według twórców świat Discovery jest ciągle tym uniwersum Treka, które znamy od 50-ciu lat – co w obliczu zmian w uniwersum okropnie kłuje w oczy. Trochę męczy rozpacz Tylera, ale z drugiej strony nie było takich głupot, jak znajdowanie drogi dzięki sile miłości, co mnie na prawdę ostatnio zdenerwowało.

I to chyba najlepsze podsumowanie: nawet pomimo tego, że odcinek nie był najgorszy, to wcześniejsze zniechęcenie do serialu wywołane prowadzeniem bohaterów, głupotami fabularnymi, oderwaniem od ukochanego uniwersum – to wszystko powoduje, że teraz, pod koniec sezonu, gdy jakoś już poznaliśmy bohaterów, a świat może jakoś się klei – na prawdę bardzo trudno jest mi polubić Discovery.

Recenzja według Wookiego

Kolejna potworna słabizna. Głupota goni głupotę, jednak dało się tutaj znaleźć na szczęście kilka pozytywnych elementów. Wprawdzie wątek z Tylerem, któremu nagle już nic nie jest i praktycznie nie ponosi żadnych konsekwencji z tego że był szpiegiem Klangonów, jest dla mnie bardzo mało wiarygodny, to jednak scena z messy, gdzie do Asha przysiadają się kolejni członkowie załogi, była całkiem niezła. Tak, trochę pompatyczna i jak wspomniałem mało realna, ale z drugiej strony w końcu pokazała ducha Federacji. W Gwiezdnej Flocie jest miejsce na drugą szansę i zrozumienie, nareszcie coś przemycono z uniwersum Star Terka, szkoda, że sam wątek Tylera jest taki słaby, również aktorsko. Kolejnym światełkiem w tunelu była próba lekkiego naprawienia tego, co się działo w Mirror Universe – cała misja USS Discovery w lustrzanym wszechświecie została ściśle utajniona – niezły smaczek, który niestety na tle niszczenia uniwersum wiele niestety nie zmienia, a szkoda. Co natomiast mi się najbardziej podobało, to rozmowa Sareka z Michael o miłości. Tak, wiem, sam wątek miłosny Burnham i Tylera jest żałosny do bólu, ten dialog mi się spodobał i pokazuje, że jednak scenarzyści jak się wysilą potrafią napisać dobrze scenę w tym serialu. Czuło się przebłysk tego co w Star Treku najlepsze, takie elementy były tym co między innymi definiowały Star Treka. Bardzo mi przykro, że w tym Star Treku jest to margines.

Tyle jeśli chodzi o plusy. Tak jak wspomniał Śmiecho, również uważam, że odcinek się wlókł niemiłosiernie, a wszelka akcja jaką tutaj przemycono była delikatnie mówiąc średnia. Pierwsza dynamiczna scena – abordaż admirał Jakiejśtam, która nie wiadomo skąd jest znów wśród żywych, już wzbudza spore kontrowersje. Sam abordaż znów niweczy wszystko, co uniwersum na ten temat zdefiniowało. Żółty alarm to osłony podniesione, a tu siup, teleportujemy pięć osób przez osłony [sic!] i jeszcze ten ogromny oddział od razu przejmuje Disco. Żadnego przemyślenia, zastanowienia, zerknięcia do tego, co już widzieliśmy w uniwersum. Tak scenarzystom pasowało, to hop i jest. Ale spokojnie, dalej jest tylko lepiej. To, co Śmiecho uważa za ciekawy motyw, czyli że podział Klangonów powoduje większe zagrożenie, ja uważam za kolejny przejaw niekonsekwencji, braku logiki i robienia wała z widza. Cały główny wątek serialu, cały pilot opierał się o to, że T’Kumva jednoczy Klangonów, bo tylko tak są w stanie pokonać znienawidzoną i nieczystą Federację. A teraz nagle podzielenie Klangonów powoduje, że są groźniejsi? Rozrysujcie mi to? 24 wrogów maluczkich, którzy nie koordynują swoich działań wojennych z resztą, ba rywalizujących kto więcej zniszczy nie może się równać nijak z jednym skoordynowanym aparatem, co z resztą T’Kuvma podkreślał. Gwiezdna Flota mogłaby sobie po prostu wybić po kolei każdy klan i po sprawie. Dla mnie to jest kuriozalne rozwiązanie fabularne. Kolejny kretynizm i brak jakiejkolwiek konsekwencji to kwestia wylotu Sareka. W MU USS Discovery był cały czas w WARP, bo wówczas był bezpieczny – znów jest to dyskusyjna kwestia w kontekście mechaniki całego uniwersum, ale nawet tego się twórcy nie trzymają, bo tym razem Sarek już nie będzie bezpieczny, jak będzie leciał w WARP. Naprawdę takie wpadki nie pomagają w walce z myślą, że scenariusz do całego sezonu powstał w godzinę albo na fakultetach w liceum, albo na jednej lekcji na kursie wieczorowym scenopisarstwa. Tak, Star Trek posiada odcinki słabe i co za tym idzie słabo napisane, ale są to pojedyncze przypadki w przeciągu danego sezonu. Tutaj jest na odwrót, znajdziemy kilka znośnych, bo o zachwycie mowy być nie może epizodów, a reszta jest po prostu totalnie słaba, abstrahując już od tego, czy przy okazji jest ona wierna uniwersum, czy nie. Ten odcinek, a w zasadzie cała druga część sezonu zdaje się niestety całkowicie to potwierdzać.

Kolejnym dowodem na słaby scenariusz jest odczuwanie samej wojny. Gdzie ona jest? Jaka ona niby straszna? Bo pani admirał w przedostatnim odcinku podała kilka liczb? No dajcie spokój. Przez czternaście epizodów w ogóle wojny się nie czuło, a te kilka suchych faktów tego nie zmieni. Potwierdzeniem tego co mówię niech będzie Deep Space Nine, w którym wojnę z Dominium czuło się cały czas, mimo że często odcinki były fabularnie mocno oderwane od tego wątku.  Serial ma 25 lat a nadal robi to lepiej niż Disco, który przecież tworzony jest w złotej erze seriali. Idźmy jednak dalej i kolejne kretyństwo, czyli ładnie wyglądające, ale kompletnie głupie terraformowanie księżyca na stację benzynową dla kosmicznej grzybicy. Pomijam już brak sensu stworzenia czegoś takiego wcześniej, ale przemiana całego ogromnego ciała niebieskiego i rozrost grzybni w ciągu 30 sekund?  No bez przesady, ze sceny na scenę dryfuje ten serial mocno w stronę fiction, a przecież to pierwiastek science w Star Treku był tym bardziej zaakcentowanym. Znowu, tak pasowało do scenariusza, to tak zrobiliśmy, zero przemyślenia. Idźmy dalej, jaki jest plan na zakończenie wojny? Zastanówmy się… Co zrobiliby w Gwiezdnych Wojnach… Tam rozwalili Gwiazdę Śmierci, my uderzymy w planetę macierzystą Klangonów i to do jej wnętrza. Mają rozmach, nie ma co… Jakby tego kretynizmu było mało, to pani admirał podkreśla, że ostatnim człowiekiem na Kronosie był Archer, czyli znów niczym telewizja w totalitarnym państwie, próbuje przekonać widza, że to co widzi, to jest coś innego w rzeczywistości. To, że Klangoni wyglądają inaczej, ba zachowują się inaczej, ba i cała Federacja wygląda inaczej, a nawet Mirror Universe wygląda inaczej, wcale nie oznacza, że jest inaczej. Uwierzcie pani admirał na słowo, ona mówi, że to to samo, to my potulnie mamy wierzyć. Tak, przepraszam wcale nie widzę różnic w uniwersum, ma rację pani admirał, to jest to samo uniwersum, najmocniej przepraszam, że w ogóle wątpiłem, sprawa załatwiona, uniwersum uratowane jednym zdaniem, jedziemy dalej… Szkoda tylko, że w tej samej przemowie, stwierdza, że Klangoni są pozbawieni HONORU!! No to jak w końcu jest, bo skoro to ci sami Klingoni, to tamci mogli być pozbawieni wszystkiego, ale na pewno nie honoru. Gdybym był Nomadem ze słynnego odcinka TOSa, to bym się teraz przepalił z powodu tych sprzecznych danych jakie dostaje. Ale spokojnie idiotyzmy jeszcze się nie skończyły… Wisienką na torcie jest Imperatorka, która przejmuje dowodzenie nad USS Discovery, który jak rozumiem, jest jedyną i ostatnio szansą Federacji na zmianę losu wojny. Brawo… Nie, naprawdę gratuluję, to jest już tak głupie, że śmiałem się kilka minut z tej sceny końcowej. Tak, była do przewidzenia w zasadzie od poprzedniego odcinka, a i tak się śmiałem, bo gdzieś podświadomie wierzyłem, że aż tak beznadziejni nasi dzielni licealni scenarzyści nie są… a jednak…

Podsumowując kompletnie nie jestem zainteresowany ostatnim odcinkiem, bo już wiem, że to spartaczą. Cały wątek wojny, który można by prowadzić przez sezon jest totalnie skopana i ja jako widz mam w zasadzie gdzieś jej losy. Nie czuje żadnego zagrożenia, nie czuje żadnej beznadziei sytuacji, nie czuje wiarygodności płynącej w tym kontekście z ekranu. Sam odcinek nie dość że był jedną wielką dłużyzną, to składał się chyba z największej ilości kretynizmów na odcinek. Niewielkie pozytywne elementy nie mają żadnych szans żeby to chociaż w minimalny sposób zrównoważyć. Z odcinka na odcinka jest chyba coraz gorzej i znów wnioskuje, żeby wywalić na zbity pysk scenarzystów pierwszego sezonu, bo nowi twórcy, z showrunnerami na czele są jedyną szansą na uratowanie tego serialu.

Recenzja według Mavisa

Jak pewnie zauważyliście optymizm całego Poznańskiego Instytutu Fanów Kosmicznych Odysei z odcinka na odcinka maleje jeśli chodzi o nadzieje, co do serialu Star Trek Discovery. Dlatego też coraz więcej czasu nam zabiera napisanie recenzji, bo z jednej strony nie mamy już takiego hype’a, żeby od razu obejrzeć serial, a potem potrzebujemy chwilę czasu aby zebrać myśli i napisać recenzje. Zacznę od początku. Pani Admirał PrześpijSięzLorcą była wysłana promem do bazy gwiezdnej, aby uzyskać pomoc medyczną tuż przed skokiem Discovery do MU. Tak więc miała całe dziewięć miesięcy na rehabilitacje. Na plus mogę zaliczyć tu przejęcie władzy nad statkiem przez Panią Admirał. Natomiast moim zdaniem tak nietrekowe jest pojawienie się jej okrętu, który nie został wymieniony choćby z nazwy. O pokazaniu go na ekranie już nie mówię, bo po paru pierwszych odcinkach nauczyłem się, że ten serial nie pokazuje innych jednostek. A były do tego sposoby, mogli go pokazać, gdy się pojawił, jak dwa statki stoją koło siebie, jak się rozdzielają i każdy leci z własną misją. Ale nie, po co ubogacać wszechświat? Dla mnie to też nie jest zrozumiałe z innego powodu, otóż serial ma nieziemski budżet… więc gdzie idą te wszystkie pieniądze? Nie stać ich na zatrudnienie dwóch gości którzy by dłubali nowe jednostki? Jednym słowem: to co zawsze lubiłem w Star Treku, tu tego nie ma.

Idźmy dalej, znowu na plus zaliczam chyba pierwszą scenę ukazującą windę na statku. Tak już nawet takie drobnostki uważam za plus, bo więcej mi ten serial nie oferuje. Na minus za to naliczam scenę w jadalni, gdzie wszyscy zaczęli przysiadać się do Asha. Jednak nie chodzi mi o to co się tu działo, to że każdy członek załogi jakoś oddzieli postać Voqa od Tylera to drobnostka… Chodzi o to, że przed moimi oczami pojawiła się sala ludzi, załogantów Discovery. Poczułem się obco. Owszem była obsada mostka, którą jakoś zaczynam kojarzyć z widzenia (swoją drogą w kolejnej scenie te same osoby już są na mostku i pełnią służbę), ale pozostali? Miałem wrażenie, że pierwszy raz ich widzę, same obce twarze… Zaraz, zaraz, który to jest odcinek ? Aha, czternasty… Czternasty odcinek, a ja czuje się samotny, otoczony nieznajomymi. Ludźmi z którymi nic nie przeżyłem. Tak, USS Discovery jest napełniony pustką…

Nie zabierając więcej czasu, spróbuje krótko podsumować resztę wydarzeń. Muszę powiedzieć, że w tym serialu Wolkanie są Klingonami. Aż rwą się do walki i ambitnie realizują projekty dążące to eliminacji wroga, nie patyczkują się z nim. Coś znowu tu jest nie tak z tym serialem. Kolejny motyw który mnie rozbił, to akcja na księżycu. Najpierw Stamets mówi, że zrobienie ogrodu na statku zajęło mu kilka lat i sądziłem, że zabierze okręt do jakieś tajnej wylęgarni, czy planety grzybni. Ale nie, mamy akcje terraformacji księżyca. Jakby tego nie można było zrobić w ładowni, w laboratoryjnych warunkach. Kolejny raz załamałem się, gdy pokazano Qo’noSa. Najpierw powiedziano nam, że tam nikt nie latał od czasów Archera… Naprawdę? Jak również czujniki przez nieprzyjazną atmosferę nic nie mogą wykryć. Ale za to mamy szczegółową sieć jaskiń! Logiczne prawda? Wracając do wspomnianego Kapitana Archera, w pierwszej chwili nawet się ucieszyłem, że nareszcie jest jakieś odwołanie… a potem włączyłem myślenie (tak, z reguły przy tym serialu wyłączam myślenie, bo w inny sposób nie umiem tego oglądać). Tak, tak, Archer uratował Klingona i odwiózł na rodziną planetę, a potem umocnił szacunek Kingonów, przez uratowanie całej populacji przed śmiertelnym wirusem. Dzięki temu zabiegowi Federacja wiedziała jak odwrócić ten proces we właściwym czasie, jak i sami Wojownicy wyglądem zaczęli przypominać Ludzi. Więc tym jednym zdaniem Pani Admirał scenarzyści napluli na kanon.

Na koniec zakłady. Więc mamy sytuacje jak z pierwszego odcinka, z małą różnicą. Tym razem to mirror-Georgiou, wyda rozkaz wystrzelenia śmiercionośnej broni, a Michael spróbuje do tego nie dopuścić. Szykujcie się na kolejny bunt załogi. A jakie będzie rozwiązanie? Voq! Jakie zaskoczenie będzie, o ja cię, no mówię wam: nikt tego nie będzie się spodziewać! Biorę pod uwagę jeszcze zniszczenie księżyca Qo’noSa, ale muszę poszperać, czy był już on zniszczony w czasach Archera czy nie.

Podsumowując odcinek – dłużyzna, w większości przypadków niepotrzebna.