Star Trek Discovery ? ?What’s Past is Prologue? ? sezon 1, odcinek 13, recenzja

Doczekaliśmy się finałowego odcinka Star Trek Discovery w Mirror Universe. Czy tym razem też udało się scenarzystom zaskoczyć załogę PIFKA? Czy epizod trzyma poziom pozostałych w lustrzanym uniwersum, czy w końcu fabularnie wspiął się na wyżyny możliwości tego serialu? Zapraszamy do zapoznania się z naszą opinią  na ten temat.

Recenzja według Wookiego

Jeśli chodzi o mnie to nie mam dobrych wiadomości i pewnie też nikogo nie zaskoczę, kiedy napiszę, że dla mnie był to okropny odcinek, chyba najgorszy z całego łuku fabularnego Mirror Universe, poza historycznym „Despite Yourself”, który rozwalił uniwersum Star Treka pieczołowicie budowane przez ponad 50 lat. To co zobaczyłem żałosne, śmieszne, straszne. Tym razem nie zauważyłem w tej zupie miernoty i chłamu absolutnie nic interesującego. Opiszmy zatem krok po kroku to straszydełko, które zaserwowali nam scenarzyści Disco.

Główny wątek to konfrontacja Imperator Filippy z Lorką, który próbuje przejąć okręt flagowy imperium. I tutaj już mamy pierwsze kuriozum tego odcinka. Nasz poczciwy Gabriel w ciągu kilku chwil z więźnia w agonizatorze, stał się takim zagrożeniem na ogromnym okręcie ISS Charon (nota bene nazwa tego okrętu to chyba najlepsza rzecz tego odcinka :-P), że w zasadzie bez większego wysiłku obalił Cesarzową. Ja się pytam co tu się odpieprza? Jak po czymś takim jako widz mam wierzyć, że Imperatorka jest taka okrutna, bezwzględna i niepokonana, no jednym słowem overkill? Przecież straciła władzę w jakieś 15 minut, mając do dyspozycji garstkę ochrony i dając się zaskoczyć wrogowi na własnym terytorium. Gdzie systemy obronne, gdzie monitoring, gdzie rzesze wiernych i oddanych sprawie ludzi? Już jest źle, ale nie dochodzimy jeszcze do najlepszego, czyli do ostatecznej walki wręcz Lorki z Filippą i Michaliną. To było po prostu potworne. Nie dość, że sekwencja kompletnie za długa, paralityczna i całkowicie nieskładna, to dwa razy autentycznie parsknąłem podczas jej oglądania ze śmiechu. Ja wiem, chciałem więcej nawiązań do Star Treka, ale próby odtworzenia kiepskich scen walki sprzed 50 lat i spowodowanie, że wyglądają jeszcze gorzej, to nie jest dobra do tego droga! Trzeci raz padłem ze śmiechu w momencie finałowym, gdy kończą temat Lorki i jego ciało spada… tak spada, jak bomby w ostatnich Gwiezdnych Wojnach, ze statku… Fuck Physics!

Z wątkiem grzybowym nie jest lepiej.  Nie, wioski smerfów nie znaleźli nasi dzielni naukowcy z Gwiezdnej Floty, ale jest nawet lepiej. Okazuje się, że zniszczenie kosmicznej, miedzywymiarowej grzybicy spowoduje unicestwienie życia we wszystkich uniwersach… No jak tu się nie śmiać? Przecież z założenia lżejsze i bardziej rozrywkowe i, umówmy się mniej ambitne, Gwiezdne Wojny nie miewają tak kretyńskich pomysłów. Do tego w tym wątku po raz kolejny panuje maniera tłumaczenia widzowi czegoś, co jest już w zasadzie oczywiste, bo przecież scenarzyści pozostawiali wskazówki we wcześniejszych odcinkach, a dużej inteligencji nie potrzeba, żeby połączyć te wszystkie części w sensowną (chociaż to duże słowo jak na ten serial) całość. Po raz kolejny jesteśmy traktowani jak głupki. Tym razem Stamets jeszcze raz tłumaczy, że to Lorca ich sprowadził do MU, klikając coś przy krześle  kapitańskim, po tym jak odbyła się odpowiednio duża liczba skoków wokół klangońskiego statku sarkofagu. Odcinek wcześniej, Stamets tłumaczył oczywistość związane z tym, że najwyraźniej jego wcześniejsze wizje to były przebłyski z MU… Thanks Captain Obvious. Teraz w zasadzie już sam nie wiem, czy twórcy uważają widzów za takich debili, czy sami sobie przypominają co się działo, bo średnio już kojarzą 😛

Po głębszym namyślę, chyba jednak oni jednak kojarzą, tylko rżną głupa dla wygody. Jeszcze na początku wątku Mirror Universe, do komunikacji używano hologramów, a tym czasem trzy odcinki później, pada nagle hasło „on screen” podczas komunikacji USS Discovery z Lorką. Skąd ta zmiana? Ano tym razem do konwersacji po stronie kapitana Gabriela dołącza się Michalina, wyłaniając się zza jego pleców. W holograficznej konwersacji nie miałoby to sensu, bo jak? Nagle pojawiłby się hologram Burnham obok Lorki? A tak problem rozwiązany… zróbmy tym razem klasycznie, i pac do następnej sceny, może nikt nie zauważy… Na tym głupoty się nie kończą. Oczywiście głównym planem i rozwiązaniem wszystkiego, uratowanie wszystkich uniwersów i prawdopodobnie także wioski smerfów jest co? Ano wzorując się prawdopodobnie na Michaelu Bay’u wybuchnijmy ten wielki statek Imperatorki, to uratuje wszechświaty, obali Lorkę i co najważniejsze przeniesie Disco z powrotem do ich właściwego uniwersum. Jeden wybuch a tyle załatwionych spraw… Jako wisienka na torcie dochodzi jeszcze totalnie wkurzająca mnie Burnham z tą swoją pompatycznością i brakiem jakiejkolwiek wiarygodności. Na początku serialu myślałem, że chociaż tę postać dobrze poprowadzą, bo w zasadzie tylko ona czymś się wyróżniała. Ale od początku romansu to jest równia pochyła, która w tym odcinku osiągnęła dno.

Na koniec niedorzeczności, nie mogę nie wspomnieć o kuriozalnym transporcie dwóch osób bo jedna uwiesiła się na drugiej. Jak rozwalać uniwersum to czemu by nie też tak niewielkich szczegółach jak zasada działania transportera. No i na koniec, coś, co spowodowało, że chciałem rozłupać sobie czaszkę… „use the force Luke”, a nie przepraszam pomyliło mi się „follow the music”… Niczym rycerz Jedi Stamets przy pomocy muzyki, którą słyszał w grzybicy, dzięki swojemu zmarłemu mężowi (tak, nie zmyślam, to jest w tym odcinku, słowo daję) znalazł tę właściwą grzybnię prowadzącą do prawidłowego wszechświata. To już jest brak słów jakie to jest debilne, nietrekowe i infantylne.

A można było mieć trochę cojones i wznieść się na jakikolwiek poziom scenopisarstwa i szacunku do uniwersum. Wyjście na to było bardzo dobre i aż się prosiło, aby zaraza grzybicy spowodowała, że albo Disco utknie w tym gównianym MU na zawsze, a uniwersum Star Treka będzie chociaż trochę naprawione, bo jednak grzybki znikną, dlatego nikt ich już potem nie używał i nawet o nich nie słyszał. Oczywiście w takim wariancie trzeba zrezygnować z idiotycznej teorii, że zwalczenie galaktycznej grzybicy zniszczy całe życie. Jeszce lepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby nie tyle utknęli, co bohatersko zginęli niszcząc w samobójczym ataku ISS Charona. Koniec sezonu, koniec Disco, a w następnej serii dostajemy nową historię, od prawdziwych scenarzystów, a nie licealistów na wieczorowym kursie scenopisarstwa i mamy zaczątek antologii, którą miał od początku w zamyśle Fuller. Wiem, rewelacji nie ma, ale wymyśliłem to ja, skromny inżynier w kilka minut po obejrzeniu odcinka, więc dałoby się to podrasować przez zawodowców. A może wymyślili by coś o wiele lepszego? Zawodowcy pewnie tak, scenarzyści Disco na pewno nie.

Tu już nie ma co podsumowywać ten serial to gówno, a wątek Mirror Universe rozwiał wszelkie moje wątpliwości na ten temat. Nie ma szans, żeby ostatnie dwa odcinku sprawiły, żebym zmienił zdanie, nie po tym co do tej pory zobaczyłem. Jakoś przecierpię i będę czekał z utęsknieniem na… kolejny sezon… „The Orville”, czyli prawdziwego spadkobiercy Gene’a Roddenberry’ego i jego wizji.

Recenzja według Śmiecha

Nie zdążyłem się załapać na recenzję poprzedniego odcinka, a szkoda. Koledzy trochę go zmieszali z błotem, ale ja wtedy widziałem kilka pomniejszych zalet. Można by trochę polemizować (Mavis trochę za bardzo przyczepił się wyglądów okrętów), ale cóż… Spóźniłem się i mówi się trudno. Chciałem odbić sobie w tym tygodniu, niestety tym razem muszę się absolutnie i bez żadnych zastrzeżeń zgodzić z moim szanownym przedmówcą. Wookie uchwycił wszystko to, co sam myślałem w trakcie i tuż po seansie.

Co zrobić z wielką i groźną Imperatorką, przed którą drżą wszyscy? Musi powstać koalicja aż czterech ras, by w ukryciu w ogóle zacząć spiskować przed tak wielką potęgą! I co? I nic… Philippa zostaje pokonana w trymiga. Wprawdzie scenarzyści starają się to wytłumaczyć użyciem broni biologicznej na statku przez mirror-Stametsa (o czym Wokkie nie wspomniał w swojej recenzji), ale wierzyć mi się nie chce, że paranoidalny władca, który nie może okazać słabości i aby przeżyć wszędzie węszy spiski przeciwko sobie tego nie przewidział i jakoś nie zabezpieczył przez użyciem własnej broni przeciwko sobie. Może nie mieszałbym aż tak bardzo z błotem odcinka tak jak przedmówca, ale i tak cały ten wątek odebrałem jak pompowanie napięcia przez scenarzystów tylko po to, żeby doprowadzić do szybkiego i głupiego „spuszczenia powietrza z balonu”.

Chciałbym też trochę podyskutować z argumentem Wookiego, że Lorka w zadziwiający sposób odzyskał wigor po wyjściu z agonizera. Otóż według fabuły w poprzednim odcinku Michalina Płonąca Szynka zaaplikowała Lorce środek, który miał w pewnym stopniu osłabić działanie tortur. Widocznie zadziałał w 200 procentach.

Na plus można też uznać fakt, że na mostku Discovery nareszcie odzywa się ktoś więcej, niż tylko Tilly i Saru. I to od razu więcej niż dwoma zdaniami! Cud!

Nie oznacza to jednak, że uważam odcinek za dobry! O nie! Twórcy pozbyli się ostatniej postaci, która jako jedyna wydawała się mieć jakąś głębię oraz nie była definiowana przez pojedynczą cechę. To raz. Dwa: scenarzyści ciągle w głębokim poważaniu mają ustalone przez 50 lat zasady działania uniwersum takie jak zachowanie okrętu w warp, sposób działania teleportu, itd. Po trzecie: jak do cholery mam uwierzyć w życiodajne międzywymiarowe grzyby, których zabicie w jednym miejscu spowoduje wymarcie życia w każdym wszechświecie? Przecież to Star Trek, a nie jakieś Midicholriany! Po czwarte: niech ci idioci wbiją sobie do głowy, że tworzą serial science-fiction, który przez wiele lat wcześniej był inspiracją dla naukowców (do tego przyznają się między innymi Micho Kaku, Brian Greene czy Neil deGrasse Tyson) oraz katalizatorem dla inżynierów (wizja telefonu komórkowego, tabletu, rozszerzonej rzeczywistości, itd.). Nie chcę Treka, w którym nawigator okrętu znajduję drogę wśród gwiazd dzięki sile miłości do zmarłej postaci! I po piąte… Jeśli cieszę się z tego, że kobieta-android na mostku w trzynastym odcinku nareszcie dostaje jakieś kwestie do wypowiedzenia, to to nie jest dobry serial. W Orville’u po pierwszym odcinku wiedzieliśmy kto jest kim, jakie ma funkcje i motywacje. W TNG po pilocie było wiadomo, że Troi jest empatką, Riker to kobieciarz, Picard to chodzący ideał, Worf ma większy muskuły niż rozum, a Data pełni funkcję pokładowego Pinokia, który chce zostać chłopcem. A tu? Mamy 13 odcinek, a ja dalej nie wiem absolutnie nic o załodze mostka poza Saru i Tilly (Stamets nie pracuje na mostku, a Voq-Tyler formalnie nie jest już członkiem załogi).

Biję się z myślami, czy sobie nie darować tej abominacji… Jeszcze tylko dwa odcinki…

Recenzja według Mavisa

W takim razie zostało mi do dołożenia ostatnie trzy grosze… i jak pewnie się domyślacie, te trzy grosze dołożę do tonącego statku jakim jest serial Star Trek Discovery. Dla mnie ten serial się skończył w tym odcinku, ponieważ pozbyli się najlepszej rzeczy która była w tym mydlanym przedstawieniu, naturalnie chodzi o Lorkę. No chyba, że jakoś jeszcze wymyślą że nie zginał, tylko grzybnia go pochłonęła, i teraz jakoś zostanie  stamtąd ściągnięty. A widząc jak beztrosko poczynają sobie scenarzyści wcale tego nie wykluczam. W tym odcinku jednak powstała skaza w mistrzowskim planie kapitana. Otóż, Cesarzowa zwykle przebywała w sali tronowej lub w swoich kwaterach. W momencie zdobycia sali tronowej buntownicy stwierdzają, że nie wiedzą gdzie jest Cesarzowa i praktycznie zarzucają poszukiwania, stwierdzając, że poczekają jak Ona przyjdzie do nich… Oczywiście główna bohaterka Michał bez problemu odnajduje Cesarzową w…. jej kwaterach… Naprawdę ? To jest szczyt robienia z widza idioty. Wiem, że się powtórzę, ale muszę to dobitnie podkreślić:  Tak, w taki sposób robi się z widza idiotę, a jeśli ktoś był pod wrażeniem przenikliwości Burnham to… no cóż, polecam na początek grę w warcaby, czy domino, bo szachy to za duży kaliber jak na początek.

Odcinek był wielką sceną akcji, przynajmniej odniosłem takie wrażenie. Pełno strzelanin, padających ciał. Tylko ostateczne walki słabe jak nie wiem co. Michelle Yeoh wystąpiła m.in. takim filmie jak „Przyczajony tygrys, ukryty smok” , więc wiedziałem, że wykonanie złożonej sceny walki wręcz nie powinno sprawić jej żadnego problemu…. a tu choreografia sceny walki była żałosna.  Podobnie ma się do scen kosmicznych. Tu kolejny niszczyciel kanonu miał miejsce. Otóż Discovery miał pozostać w WARP do momentu wyłączenia osłon przez Michael! Czyli statek lecący w WARP, nagle może być zawieszony w podprzestrzeni ( stać w miejscu ? ) i wejść w normalną przestrzeń w wygodnym dla siebie momencie… ewentualnie zataczał koła w WARP ??? Pewnie tego nigdy się nie dowiemy. Jeśli chodzi o statki, to tak jak pisałem w poprzedniej recenzji, nie chodzi mi o kształt statku. Moim zdaniem Buran ma bardzo fajny kształt, podobnie jak  Shenzhou, który ma na dodatek mostek na spodzie spodka, dla mnie bomba. Natomiast, modele wyglądają jakby były robione przez ( przepraszam za porównanie ) studentów, którzy skończyli kurs 3D i opracowali je tym samym sprzęcie co robiono Babylon 5.  Bo Discovery moim zdaniem wygląda jak niedorobiony model ( co też można było podziwiać w Zwiastunie, w którym użyto jakieś szkicowej wersji i co gorsza tym się chwalili ). Swoją drogą to jest najdłuższa sekwencja gdzie możemy przyjrzeć się statkowi. Już za czasów Deep Space 9 wstawiano modele CGI do scen ze zwykłymi modelami, a w Voyagerze większość modeli była CGI… i Tam widać szczegółowość modeli i że są realne, namacalne. A tu jest jakaś żałosna kakofonia kształtów i tekstur. Sama animacja poruszającego okrętu też nie przyprawia realności ruchu. Scena w której Discovery przelatywał obok ISS Charon przed ostatecznym atakiem, rozwaliła mnie doszczętnie. Zero finezji, zero głębi,  po jak najmniejszej linii oporu. Przypominało to efekty specjalne z lat pięćdziesiątych. Gdzie ustawiano gościa na rowerze bokiem do kamery, rower oczywiście stał w miejscu. Gość siedzący na mim udawał, że pedałuje, a tło za nim przesuwało się na rulonie. Tu było jeszcze gorzej, bo wykorzystano jedno nieruchome zdjęcie Discovery, i przesuwali za nim drugie zdjęcie tła, ukazujące statek Cesarzowej.

 

Na koniec jeszcze dodam coś do wypowiedzi Wookiego o telereporterze, otóż w scenie wcześniej, gdy Cesarzowa teleportuje się awaryjnie z zasadzki, przez postać przelatuje wiązka z Phasera… więc nawet w jednym odcinaku mamy teleporter działający na dwa inne sposoby. Swoją drogą jestem rozczarowany postacią Cesarzowej, której charakter miękł z każdą minutą. Nagle sama postanowiła zniszczyć własny okręt, a po pokonaniu Lorki, jeszcze miałem małą iskierkę nadziei, że aby pozbyć się wszystkich niepotrzebnych osób zabije Burnham. Ale nie. Poziom miągwy został osiągnięty. Wookie oraz Śmiecho nie wspomnieli o jeszcze jednym buraku. Otóż załoga powróciła do swojego uniwersum, po dziewięciu miesiącach, w czasie których pseudoKlingoni wygrali wojnę, wymazując Federacje z mapy. Tak więc przez kolejne dwa odcinki spodziewam się, iż Michael przy pomocy Cesarzowej i Voqa ( którego losy zaginęły w tym odcinku ) jakoś odfajkuje sytuację. Albo jeszcze lepiej, zdoła powrócić we właściwe ramy czasowe i wówczas doprowadzić do pokoju.

Podsumowując odcinek: Star Trek Discovery osiągną taki poziom, że jestem zdania, iż serial Supergirl ma o wiele lepiej skonstruowanych bohaterów i  fabułę. A nie ukrywam, że wymieniony serial z ledwością można nazwać średniakiem.

PS. w 33:29 minucie ( 10:09 do końca odcinka) jest ujęcie gdzie wstająca Burnham trzyma Phaser skierowany lufą do siebie.