Kosmos 1999: Catacombs of the Moon – recenzja (odcinek 2×11)

O kur….cze. To chyba najgorszy odcinek tego serialu a przynajmniej jak dotąd. Kompletnie nic tu nie ma sensu a do tego jest nudno i widz ma ochotę wyskoczyć za okno. Zacznijmy od tego, że żona głównego inżyniera jest chora na serce. Doktor Russel stwierdza, że pacjentka umrze jeśli nie otrzyma serca sztucznego. do tego miejsca jeszcze było ok ale po chwili dowiadujemy się, że aby stworzyć takie serce potrzebny jest specjalny surowiec zwany Tiranium. Mąż umierającej przeszukuje więc księżyc w poszukiwaniu tegoż minerału. I teraz pytanie: nikt wcześniej nie zeskanował naszego satelity? A czujniki bazy Alpha potrafiły w poprzednich odcinkach wykryć jakieś metale na odległej planecie ale na księżycu to szukamy na chybił trafił? Tylko, że to nie jest najgorsze w tym odcinku. Dla jasności w bazie jest ten surowiec ale Koening z bliżej niewiadomych powodów nie zgadza się go użyć. A nasz inżynier ma wizję… ogromnego pożaru bazy. Porywa więc swoja zonę do podziemi księżyca… Ucieka przed resztą z chorą zoną bo jak stwierdza: tylko wiara może ja wyleczyć a on wierzy. W tzw. międzyczasie dr. Russel traci kontakt z Koeningiem wiec wykorzystuje sytuację i używa stopu żeby stworzyć sztuczne serce. Od teraz mamy wyścig z czasem. Czy uda się uratować żonę szalonego inżyniera? Odpowiedź jest oczywista a scenarzyści zafundowali nam tak beznadziejnie nudny i głupi odcinek , że trudno mi to opisać. Po prostu żenada. Najciekawsze jest to, że podczas kręcenia wizji pożaru ekipa filmowa nie opanowała sytuacji i doprowadziła do pożaru studia. Przerwa zdjęciowa trwałą dwa dni, szkoda, że nie dwa lata…