Star Trek TOS: The Savage Curtain – recenzja (odcinek 3×22)

Enterprise bada pewną bezludną planetę, gdy nagle przed ich ekranem materializuję się Abraham Lincoln siedzący w fotelu. Przenosi się potem z przestrzeni kosmicznej na pokład naszego ulubionego statku i miło gawędzi z załogą. Chciałbym wiedzieć jak przyszło to do głowy scenarzystom. Abraham Lincoln? W kosmosie? Co prawda potem dowiadujemy się, że powołali go do życia kosmici ale skoro stworzyli człowieka na podobieństwo Lincolna to jak on żył w kosmosie? Dodatkowo twórcy musieli po raz kolejny, łopatologicznie pokazać nam, że w przyszłości nie istnieje problem rasizmu. Tutaj poczciwy Abe, zwraca się do Uhury per „murzynko”, po czym się reflektuje i ją przeprasza. Pół biedy, że przeprasza sam z siebie mimo, że nie powinien wiedzieć, że obecnie to obraźliwe. Najlepsza jest tu reakcja Uhury stwierdzającej, że nie ma się o co obrażać bo to już nie jest to obraźliwe. Zapewne ciekawi was co 16 prezydent Stanów Zjednoczonych robi na Enterprise? Otóż okazuję się, że mieszkańcy dziwnej planety, którzy wyglądają jak kamienie postanowili zrozumieć koncepcję dobra i zła i sprawdzić, która z tych sił jest potężniejsza. Dlatego po stronie dobra przywołali Suraka (taki Lincoln Wolkana) i właśnie Abrahama. Po za tym w ich drużynie jest jeszcze Kirk i Spock. Po stronie zła przywołali Kahlessa (legendę Klingonów), Czyngis -Chana , Zore z Tiburonu i pułkownika Greena z ziemi pochodzącego z czasów trzeciej wojny światowej. Myślę, że każdy kto ogląda ten serial doskonale wie jak ta zabawa się zakończy. Jest to dość nieudolne nawiązanie do odcinka „Arena”. Moim zdaniem odcinek słaby, głupi i niewiele wnoszący do świata Star Treka. Co prawda pułkownik Green poszerza nasza wiedzę o uniwersum o kolejne elementy ale nie ratuje to tego epizodu.