Kosmos 1999: New Adam New Eve – recenzja (odcinek 2×10)

Tym razem na księżyc fatyguje się sam Bóg i Stwórca. Stwierdza on, że ludzkość, źle wykorzystała jego dary i postanawia zacząć wszystko od nowa. W tym celu zabiera Koeninga, dr Helene, Tonyego i Maye. Bo prawdopodobnie ten Bóg stworzył również Psychona czyli rodzinny świat Mayi. Zabiera ich na planetę, która wygląda jak raj i od razu daje im przykazania. Na przykład: nie wolno wchodzić na skały i je przekraczać. Następnie oznajmia czwórce ocalałych swoją wolę. Chce aby Koening dobrał się w parę z Mayą a Tony z panią doktor. dodaje jakieś tam bzdurne uzasadnienie ale kto by się tam przejmował. Oczywiście nasza czwórka szybko łamie zasady i odkrywa szokującą prawdę (szokującą dla nich oczywiście). Okazuję się, że to nie Bóg tylko mag. No cóż moi drodzy ja w takich momentach wymiękam z tym serialem. Dosłownie stwierdzają, że to ostatni z rasy magów. I co więcej może czarować tylko w słońcu. Zapytałbym jakim czortem mógł cokolwiek zrobić w bazie księżycowej Alpha ale to raczej nie ma sensu. Tak po prostu pasowało scenarzystom i tak sobie zrobili. Co prawda raz pokazują tak jakby mag się ładował by mieć energię później ale potem widzimy, że wystarczy go wrzucić do dołu i przykryć liśćmi. Serio. Oczywiście mag obrywa a załoga leci dalej. Zapytacie po co nasz szanowny czarodziej rozegrał całą tę akcję? Bo chciał pobawić się genami… Ech, litości. Jednak na tle innych odcinków ten oglądało się nawet całkiem przyjemnie. Była akcja, wątek romansowy, gdyby scenarzystom chciało się napisać porządny odcinek z lepszym scenariusz, mogłaby być perełka. a tak typowy przeciętniak tego serialu.