Star Trek TOS: Requiem for Methuselah – recenzja (odcinek 3×21)

Ponieważ na Enterprise panuję epidemia rigeliańskiej gorączki załoga szybko znajduje planetę na której znajdują się pokłady surowca potrzebnego do wytworzenia lekarstwa. Na miejscu jednak się okazuję, że planeta jest zamieszkana przez niejakiego Flinta, jego towarzyszkę Raynę oraz robota M-4. Gospodarz postanawia pomóc naszej załodze i zaprasza grupę wypadową do swojego domu. Tam Spock dokonuje dziwnego odkrycia. Okazuje się, że Flint jest w posiadaniu nieznanych nikomu arcydzieł, między innymi obrazy Leonardo Da Vinci czy nowe utwory Bramhsa. Tymczasem Kirk wchodzi w coraz większą zażyłość z Rayne a tyko doktor McCoy denerwuje się o potrzebne lekarstwo. Zapewne zastanawiacie się nad rozwiązaniem zagadki pana Flinta? Sprawa jest dość prosta i jednocześnie irytująca. Otóż okazuję się, że Flint to tak naprawdę Da Vinci, Bramhs i inni słynni autorzy  i geniusze. No ok, spoko ale skąd się wziął na odludnej planecie? Tego akurat nie wiemy. Dowiadujemy się za to, że żył w Mezopotamii, zginął i nagle stwierdził, że jest nieśmiertelny. No odkrywcze to to nie jest. Co gorsza okazuję się, że nie tylko jest nieśmiertelny ale i dodatkowo jest geniuszem na wszystkich polach. Rayna zaś to android, którą zbudował aby nie czuć samotności a Kirk miał ją nauczyć kochać. Niestety Kirk zakochuję się w niej i powstaje kolejny problem. No pomysł na odcinek nawet ciekawy ale niestety parę szczegółów mnie boli jak drzazga w miejscu gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. No bo nieśmiertelny geniusz? Kirk walczący z nim o kobietę android? No i dlaczego to co dla mnie było dość ciekawe czyli cały motyw z gorączką Rigeliańską zeszło na dalszy plan? Odcinek nie jest zły ale nie mogę go też zaliczyć do udanych epizodów.