Star Trek Discovery – „The Wolf Inside” – sezon 1, odcinek 11, recenzja

Załoga USS Discovery dalej kombinuje, jakby tu powrócić do swojego wszechświata, a tymczasem twórcy serialu ujawniają dwa niespodziewane zwroty akcji, które miały nas – widzów powalić na kolana. Tylko czy powaliły i aby na pewno były nieprzewidywalne?

Recenzja według Śmiecha

Jestem rozdarty. Było kilka rzeczy, które w odcinku mi się podobały i kilka, które znowu koncertowo zepsuto…

…bo nie da się inaczej określi „rewelacji” fabularnych, które zaserwowali nam twórcy. Scenarzyści maja bowiem paskudny zwyczaj psucia wszelkich zaskoczeń przez podawanie widzom wcześniej zbyt wielu podpowiedzi, po których bez problemu przewidujemy wszystkie wydarzenia na ekranie. Powtórzę tu kilka punktów, które pojawiły już się w dyskusji na Facebooku pod recenzją poprzedniego odcinka:

  • Czy kogoś zaskoczyło to, że okręt USS Discovery pojawił się w Mirror Universe? Mnie nie i wątpię, by innych. Pewną podpowiedź dostaliśmy już w piątym odcinku, czyli 3 miesiące temu, gdy pokazano nam scenę mycia ząbków przez Stametsa i gdy odbicie w lustrze zachowywało się inaczej, niż bohater. Takich podpowiedzi było o wiele więcej.
  • Czy to, że Ash Tyler i Voq to ta sama osoba jest dla kogoś niespodzianką? Od dawna nie. Plotki o takim rozwoju fabuły krążą wśród fanów od kilkunastu tygodni.
  • Czy kogokolwiek zaskoczyło to, że Cesarzową gra Michelle Yeoh, czyli serialowa przyjaciółka i kapitan głównej bohaterki? Nie, bo metodą eliminacji tylko ta postać pasuje na to stanowisko. Wszyscy inni bohaterowie zostali już w jakiś sposób w Mirrorze wykorzystani, a poza tym było pewne, że akurat taki rozwój fabuły najbardziej wstrząśnie główną bohaterką.
  • Czy ewentualny powrót do życia doktora Culbera będzie zaskoczeniem? Nie, bo geniusze w dokumencie „After Trek” wygadali się, że „najlepsza scena z nim jeszcze przed nami”… Może to oznaczać doktora z Mirrora, ale na prawdę nie zdziwi mnie, jeśli ożyje nasza wersja, albo doktor Mirrorowy przeniesie się do naszego wszechświata i dalej będziemy widzieć jego twarz na ekranie.

Tak więc prowadzenie scenariusza uważam za klapę. Ani odkrycie tożsamości Cesarzowej, ani Tylera w ogóle mnie nie zaskoczyło. Na szczęście w tym odcinku zauważam światełko w ciemnościach, a nawet dwa. 😉 I nie są to światła nadjeżdżającego pociągu. 🙂

Po pierwsze bardzo podoba mi się wygląd Andorian i Tellarytów, którzy nie przeszli aż tak drastycznej metamorfozy jak Klingoni w nowym serialu i – choć lekko podrasowani – to ciągle przypominają to, do czego przyzwyczailiśmy się przez tyle lat. To duży plus.

Druga kwestia dotyczy podejścia głównej bohaterki do wspólnoty w tym odcinku. Jej filozofia nareszcie jest trekowa, a scenarzyści w końcu pokazali coś, co dla mnie jest esensją trekowości. W obcym wszechświecie, gdzie zewsząd czai się niebezpieczeństwo, a ludźmi kieruje strach i najgorsze instynkty, Burnham zobaczyła jak coś w rodzaju zalążka Federacji tworzy się wśród obcych ras. I teraz najlepsze: ryzykując swoje życie (i załogi Discovery też) postanowiła porozmawiać z przeciwnikiem, by poszukać nici porozumienia, a ponadto to, co łączy te rasy spróbować przeszczepić na swój grunt. To jest właśnie taki rodzaj rozumowania i postępowania, za który pokochałem stare seriale z Picardem, Sisko i Kasią Janeway i który pojawiał się zawsze w najlepszych według mnie trekowych odcinkach. Wychodzi na to, że twórcom w końcu udało się pokazać coś, na co liczyłem od samego początku. Szkoda tylko, że dostałem to dopiero w jedenastym odcinku.

Podsumowując: fatalne prowadzenie fabuły i powrót do długo oczekiwanej filozofii trekowej nie pozwalają mi jednoznacznie ocenić tego odcinka. Gdyby jednak takich pięknych momentów było więcej, i gdyby scenarzyści ciut bardziej przyłożyli się do swojej roboty (nie spoilerować zwrotów fabuły, od czasu do czasu zabić kogoś z głównej obsady, a nie postać znaną od pięciu minut), to mógłbym pomyśleć o wybaczeniu im wcześniejszych błędów. Muszą się jednak baaaardzo postarać.

Pytanie brzmi: czy twórcy dadzą radę?

Recenzja według Wookiego

Jeśli chodzi o mnie to było nudno i nijako, choć po tym co zaserwowali na twórcy w poprzednim odcinku, to jest to w zasadzie komplement. W zasadzie zgadzam się ze wszystkim co napisał przede mną  Śmiecho, ale jestem chyba jednak jeszcze mniej entuzjastycznie nastawiony (może to jeszcze niesmak po „Despite Yourself”). Faktycznie miło było zobaczyć Andorian i Tellarytów i to prawie niezmienionej formie. Zgadzam się też, że dużym plusem była próba twórców odwołania się do trekowych wartości. No właśnie, pisze próba, bo dla mnie wyszło to bardzo sztucznie i niewiarygodnie, tak jakby Michała nie wiedziała co w ogóle mówi. Trochę to przypomina jej wątek miłosny z TylerVoqiem. Wniosek mój jest taki, że to potwierdza kompletny brak zrozumienia uniwersum przez scenarzystów. Cała historia w odcinku jest po prostu przez to wszystko nudna i pozbawiona jakichkolwiek emocji. Coś tam sobie gadają, coś tam sobie robią, wszystko to mam tak naprawdę gdzieś. Nie ma zaskoczenia kto jest Impertatorem, nie ma zaskoczenia, że Voq spotyka Voqa, sama historia niczego w zasadzie nie wnosi a tylko dorzuca takie niedorzeczności jak przygotowywanie torped fotonowych do wystrzału przez godzinę – krócej trwało zapewne wystrzelenie salwy z dział na XVI-wiecznej karaweli.  Natomiast wątek grzybowy (czyli Stamets itp.) jest już tak komiczny,  że nawet nie będę się nad nim znęcał – żenada i Gwiezdne Wojny.

Jest też kilka pozytywów, fakt niewielkich, ale zawsze. Przede wszystkim nawet nieźle wyszła konfrontacja Michały z przebudzonym już do końca TylerVoqiem – ten dialog to był niezły przebłysk tego, jak można by ten serial prowadzić, gdyby scenarzyści częściej przykładali się do roboty, a nie do kilkuminutowej sceny raz na kilka odcinków. Powiem szczerze, że nawet uniosłem jedną brew niczym Spock lub Tuvok oglądając to starcie. Umówmy się, nie było to jakieś wielkie urwanie czterech liter, ale był potencjał i czuć było wyżyny możliwości całej ekipy. Miłym easter eggiem była broda mirrorowego Sareka, co niejako stoi w tradycji poprzednimi odcinkami związanymi z MU. Wizualnie natomiast mile zaskoczył mnie efekt bombardowania torpedami fotonowymi powierzchni planety. W końcu pokazano nam jak destrukcyjna jest ta broń. Zawsze do tej pory tylko słyszeliśmy w Star Treku, że pojedynczy okręt uzbrojony w torpedy fotonowe może zniszczyć cały glob, teraz zobaczyliśmy jak to wygląda.

W zasadzie, nie ma zbyt wiele do podsumowania. Scenariusz nadal leży, jest nudno, bez zaskoczeń, co więcej widać, że scenarzyści przeważnie nie mają pojęcia co robią. Są oczywiśćie niewielkie pozytywne przebłyski i nawet wyraźne starania twórców, ale wciąż to za mało. Z resztą ciężko to oceniać ze świadomością, że i tak całe uniwersum zostało rozsadzone tym serialem.

Recenzja według Mavisa

Nudziłem się… tak bardzo nudziłem się podczas oglądania tego odcinka… no ale jaka miała być moja reakcja, skoro odcinek był przewidywalny do bólu. O co za zaskoczenie Ash to Voq, Cesarzowa to Pani Kapitan Georgiou… Ok. Ogólnie stwierdzam, że Discovery to serial niewykorzystanych możliwości… To może od początku.

Epizod rozpoczyna się ujęciem na okręt, gdzie po zbliżeniu przechodzi do wnętrza korytarzu, gdzie z kolei widzimy mrugające światła, a muzyka ma w sobie nutkę grozy. Następnie widzimy jakiegoś załoganta próbującego naprawić usterkę… która związana jest, jak się okazuje, z sytuacją w ambulatorium. Muszę powiedzieć że scena przykuła moją uwagę, choć bardziej pasowałaby do początku odcinka grozy. Tu  jednak wiedziałem, że kontynuowany jest motyw MU. Niestety, gdy scena się skończyła i wszystko wróciło do „normy” jaką reprezentuje sobą serial, poczułem się urażony. Otóż na plus zaliczam, że w końcu, chociaż raz na odcinek możemy zobaczyć statek. Natomiast patrząc na model, wydaje mi się że  jest niedopracowany, przez co wydaje się nierealny. Drugą sprawą jest fakt, iż nikt nie zaglądał wcześniej do ambulatorium. A po trzecie? Pamiętacie montaż przekształcenia statku i załogi na ISS ? Jak przez cały czas mieli imitować tutejszą „kulturę”? Tak? No to możecie to wszystko wyrzucić do kosza… wszyscy na statku już ubierają się normalnie, wyświetlacze powróciły do standardowych. Dla mnie czar tej całej procedury prysł. Kuriozalna jest dla mnie kolejna sekwencja, w której z kolei pokazują ISS Shenzhou i kolejne zbliżenie na okno. Tak to nie pokazują jednostek prawie w ogóle, a tu dwie identyczne sceny w odstępne pięciu minut. Coś jest wyraźnie nie tak. Swoją drogą w tej scenie widzimy jak detaliczny jest z kolei lustrzany Shenzhou i nawet można wypatrzeć różnice, takie jak inny kształt deflektora. To z kolei jest dla mnie wielkim plusem… niestety tonący w obliczu całości.

Idąc dalej, mam wrażenie, że scenarzyści już zapomnieli, że Michael wychowywała się u Wolkan. Żadnej medytacji czy logicznego myślenia, nagle zaczyna się rozklejać… Ok, tu mogę się lekko czepiać, ale coś mi tu nie pasuje. Idźmy dalej. Pamiętacie jak Discovery pojawił się w MU i nadlatujący statek nie zauważył nic podejrzanego mając go w zasięgu kamer? No to mamy ciąg dalszy. Tym razem załoga w żaden sposób nie obserwowała poczynań Burnham na planecie. Najbardziej podejrzliwa i knująca nacja totalnie nie śledziła losów swojej Kapitan, która miała pokazać jak to się robi, bez użycia torped. Ok, co było dalej ? Aha negocjacje. Na kolejny plus zasługuje broda mirrorowego Sareka ( wiem, wiem powtarzam to co już napisali Śmiecho i Wookie, ale to było super). Na pierwszy rzut oka, sadziłem że to Spock. Ale dlaczego nie dokonał zlania jaźni z Ashem ? Pewnie nigdy tego się nie dowiemy… Swoją drogą liczyłem że w rozmowie z Voqiem padnie coś w rodzaju „Wróg mojego wroga, jest nadal naszym wrogiem… ale okoliczności wymusiły na mnie…” i sami dopiszcie sobie ciąg dalszy.

Nie przedłużając mam jeszcze dwa punkty. Jak Discovery podkradł się do statku, że był wstanie teleportować osobę ? No jak? I finalna scena, która moim zdaniem była kiepsko napisana. Była kompletnie bez wyrazu, be strachu, osłupienia, jaki powinien towarzyszyć pojawienie się Cesarzowej. Widz słyszy tylko „Wykrywamy sygnaturę mocy na obicie, wygląda na to, że inny okręt namierza Harlak” (nie widać okrętu bo jest zamaskowany), następnie wystrzelenie torped i komunikat „Nadchodząca transmisja, to Cesarz” wypowiedziane spokojnym  głosem z poza kadru. Tu nie ma żadnej finezji, żadnego zbudowania napięcia, nie ma reakcji u widza „co tu się wydarzyło” To jest najbardziej lakoniczne zawieszenie akcji jakie widziałem.

A mogło być tak: Michael jest na mostku, nagle ktoś z mostka mówi „wykrywam wyjście z WARP” i scena okazująca ogromny statek wyłaniający się z podprzestrzeni, przelatującego koło Shenzhou i wystrzeliwującego torpedy. Następnie ujęcie na mostek. Cała załoga wygląda jakby narobiła w gacie ( bo wiedzą, że nie wykonali rozkazu ), pada szeptem „to Lewiatan” ( czy inna groźna nazwa statku ). Odzywa się brzęczyk. Załogant przełyka ślinę, i drgającym głosem mówi „Wywołują nas…. to Cesarz”. Na mostku pojawia się hologram Michelle Yeoh. Koniec odcinka. Jakby chociaż tak była poprowadzona ta sekwencja, to bym przynajmniej dwa razy oglądał taką scenę, powtarzając  „co tu się wydarzyło” ? A tak to mamy jakiś statek, jakaś cesarzowa. Hmm, na plus dodam jeszcze, że interesujące jest, iż torpedy uderzające w powierzchnię planety  wywołały zakłócenia w działaniu napędu impulsowego, i był wypowiedziany komunikat „przygotować się na zderzenie”. O zgrozo, to jest bardziej interesujące niż reszta sceny…

Podsumowując odcinek bez emocji… taki jakiś. Z zapowiedzią, że „akcja” w MU będzie trwać jeszcze jeden odcinek… Po co ?