Star Trek TOS: The Way to Eden – recenzja (odcinek 3×20)

Tym razem Enterprise odzyskuje porwany statek Federacji i pojmuje złoczyńców, którzy to uczynili. Niestety sam statek w akcji zostaje zniszczony a wśród złodziejaszków jest syn ważnego ambasadora co trochę krępuje ręce Kirkowi. Niestety, scenarzyści nie popisali się tutaj inwencją. Złoczyńcy to tak naprawdę ,hmm, trudno użyć innego słowa: hippisi. Chcą uciec z technologicznego świata do mitycznego Edenu, gdzie będą żyć w zgodzie z naturą. Sam pomysł sekty (ich przywódca wyraźnie na to wskazuje) chcącej powrócić na łono natury jest dość interesujący. W Star Treku widzimy przyszłość pełną komputerów, nowoczesnych gadżetów a nawet sam Kirk w jednym z odcinków wspominał, że chciałby to wszystko rzucić i powrócić do prostoty. Jednak ten pomysł gdzieś się rozmywa. W pewnym momencie hipisi przejmują kontrolę na statkiem co przyszło im zdecydowanie zbyt łatwo i od tego momentu mamy standardowy scenariusz numer 7. Ktoś przejmuje Enterprise i Kirk go odbija. Ciekawym pomysłem jest za to fakt, że po odkryciu tego legendarnego Edenu okazuję się, że w każdej roślinie jest kwas co czyni ją zabójczą dla rodzaju ludzkiego. Jednak po seansie tego odcinka cały czas się zastanawiałem nad motywacją danej hipisowskiej grupy. Rozumiem co scenarzyści chcieli przekazać ale mój problem jest taki, że to w zasadzie żadna sprawa. Mało jest planet w kosmosie? Nawet Enterprise co rusz spotykał „rajskie” miejsca, gdzie spokojnie mogła polecieć ta grupa. Odcinek ogląda się dobrze ale potem przychodzi konkluzja, że scenariusz jednak był trochę głupi.