Star Trek Discovery – „Despite Yourself” – sezon 1, odcinek 10, recenzja

Po niezrozumiałej z punktu widzenia widza przerwie, doczekaliśmy się dziesiątego odcinka Star Trek Discovery. W końcu dowiedzieliśmy się co tak naprawdę stało się z załogą Disco. Tylko czy tak naprawdę jeszcze wzbudzało to nasze emocje?

Recenzja według Wookiego

Niestety nowy odcinek zgodnie z podejrzeniami nie zaskoczył mnie w żaden sposób, a jedynie dostarczył kolejnych sporych ilości niszczycieli uniwersum, które moim zdaniem już są kuriozalne i niedopuszczalne w żaden sposób.  Zacznijmy jednak od początku i powoli… i spoilerowo, bo inaczej się niestety nie da.

USS Discovery wylądował w Mirror Universe, co nie jest wielkim zaskoczeniem, bo spekulowano o tym od dawna, a i sami twórcy dolewali oliwy do ognia tych przypuszczeń wspominając, że MU pojawi się w tym sezonie. Załoga postanawia ogarnąć temat… podszywając się pod terrańską jednostkę, z którą, jak się przypuszcza po prostu zamienili się miejscami. Pomysł głupi i bardzo nie trekowy, ale jeszcze jakoś można byłoby to przełknąć. Niestety twórcy mieli kompletnie w dupie 50-telnie dziedzictwo (jak z resztą już nas przyzwyczaili).

Niestety wymiar, do którego grzybonapęd przeniósł naszą dzielną załogę to jest to TO Mirror Universe, które znamy z poprzednich odsłon Star Treka i o zgrozo, scenarzyści brną w temat USS Defianta, który zaginął w prime universe przenosząc się do tej wersji rzeczywistości. I tutaj właśnie przechodzimy do największej zbrodni na uniwersum jakiej do tej pory byłem świadkiem. Mogłem przeżyć Klangonów, kiedy okazałoby się, że jesteśmy w jakiejś innej linii czasowej, jednak ten odcinek jednoznacznie potwierdził, że Star Trek Discovery dzieje się w podstawowym uniwersum Star Treka i dowodzi tego właśnie wzmianka o USS Defiant, który co gorsze i najbardziej kuriozalnie jest faktycznie klasy Constitution (jak TOSowy Enterprise i jak do tej pory malowano go w poprzednich odcinkach traktujących o MU). Zatem podsumowując, gdzieś tam latają i giną sobie w przestrzeni kosmiczne statki znane nam z TOSa, jednak do tej pory my na ekranie widzimy tylko jakieś potworki nowo stworzone, które mają kompletnie inny design i, jak można przypuszczać po obserwacjach Disco i Shenzhou, kompletnie inne interfejsy i systemy niż te znane z oryginalnego Star Treka. Na domiar złego w tej całej zupie, mamy jednak kompletnie innych Klingonów/Klangnów, którzy jakoś inaczej wyglądają u Kirka a inaczej u Lorki i Burnham. Co więcej, walić wszelki zdrowy rozsądek, zmieńmy też kompletnie Mirror Universe, gdzie są inne mundury, statki itp. Dla mnie to już jest kompletna profanacja, bluźnierstwo i robienie wszystkiego tylko żeby było fajnie, a nie żeby było dobrze, spójnie i konkretnie.

Do tego wszystkiego dochodzi kompletnie infantylna opowiastka jako główny wątek odcinka, która jest wtórna i zwyczajnie głupia i jest klasy najgorszych odcinków TOSa, który przypomnę ma ponad 50 lat. Gdyby to chociaż nawiązywało do Star Treka, byłoby tu czuć zamierzony kicz i paździerz, ale nie, oni robią to na serio, w 2017/2018 roku, w serialu który chce pretendować do topowego science-fiction… A dostajemy kwantowe sygnatury a’la Gwiezdne Wojny, plan na działania kompletnie na pałę (w sumie też a’la Gwiezdne Wojny) a nuż się uda przejąć statek Terrańskiego Imperium mimo, że nie znamy tego świata, zwyczajów itp. Co gorsza, scenarzyści robią też kompletnych idiotów z widzów. Ponieważ tym razem, kiedy USS Discovery znalazł się w nowym wymiarze w rumowisku po bitwie, to nagle już standardowo postanawia przeszukać go w celu wartościowych informacji na temat rzeczywistości w jakiej załoga się znalazła. Przypomnę, że po bitwie ze statkiem sarkofagiem, cała Federacja miała głęboko w dupie co się stało z wrakami własnych statków, niech wpadną w ręce wroga, ale co gorsza uszkodzony i niezdolny do walki okręt wroga również zostawili na rumowisku, spoko na pewno okręt który wywołał wojnę z Federacją i który dziwnie maskował się przed czujnikami okrętów Gwiezdnej Floty nie ma żadnych przydatnych danych tudzież technologi do zbadania. No ale dobrze, zrehabilitowali się po kilku odcinkach, może psychotropy z głowy lekko wyparowały, ok, wykorzystajmy informacje z pola po bitwie… I zamiast po prostu w ciągu 5 sekund przetransportować potrzebny rdzeń pamięci bezpośrednio do maszynowni, załoga bawi się w wysyłanie tzw. worker bee aby go wydobył. Ja nawet rozumiem po co była ta scena, scenarzyści sobie tak wymyślili, żeby fajnie  pokazać dramat Tylera, ale trzeba to robić kosztem szacunku do widza idąc kompletnie na skróty? Idziemy sobie na łatwiznę na każdym kroku? Wszystkie pieniądze wydaliśmy na silikon na twarze Klangonów i świecące mundurki wszystkich humanoidów w kadrze, a na porządnych scenopisarzy kasy zabrakło? Co tu się odpiernicza? Jestem po tym odcinku naprawdę już zdruzgotany. Nie dość, że niszczą uniwersum, to jeszcze na rzecz miernej fabuły pisanej przez ludzi bez wizji, polotu i doświadczenia.

W tym całym jeziorze kału i ścierwa, naprawdę ciężko jest mi się już doszukać jakichkolwiek pozytywnych aspektów i przyznam szczerze, zaczynam rozumieć co czuł do tej pory Mavis. Być może nawet namówi mnie na dołączenie do swojej krucjaty 😛 Jedyne, co wydaje mi się ciekawe, w co jednak nie mam wiary, że zostanie dobrze poprowadzone, to kwestia dwóch osobowości Tylera. Ten wątek ma potencjał, choć nie pojmę nigdy po jakiego grzyba się tak czaili z tą wielką rewelacją na temat jego prawdziwej tożsamości, bo ostatecznie potwierdzenie, że Tyler to Voq nie zaskoczyło już chyba nikogo. Natomiast na razie wydaje się interesujące to, w jaki sposób ta postać radzi sobie z tym faktem. Jest tutaj sporo ciekawych ścieżek poprowadzenia tej historii i chyba jest to jedyne co mnie interesuje w tym serialu, no może poza tym żeby dowiedzieć się jak bardzo jeszcze obsmarują kałem moje ukochane uniwersum.

Po obejrzeniu tego odcinka jestem wkurzony i załamany. Fabuła odcinka jest słaba, infantylna i wtórna do bólu, a całe tło niszczy wszelkie podwaliny uniwersum Star Treka. Wnioskuje o wywalenie na zbity pysk wszystkich osób, które miały do czynienia ze stworzeniem fabuły pierwszego sezonu, a drugi tworzyć z mniejszym przepychem wizualnym, ale zapłacić porządnym scenarzystom za napisanie solidnej historii godnej topowego serialu drugiej dekady XXI wieku zarazem porządnie i bezsprzecznie osadzonej w uniwersum Star Treka. Ponieważ na chwilę nie dość, że odpowiadają za scenariusz kompletne beztalencia, to wykorzystują jedynie markę Star Trek, do promowania naprawdę średniego serialu, nie mając żadnego poszanowania do tego co profanują takim podejściem.

Recenzja według Mavisa

Przyznam, że jestem pod wrażeniem tonu jakie nadał Wookie w swojej wypowiedzi – mnie wkurzały inne rzeczy, ten odcinek był dla mnie słaby – ale generalnie zgadzam się z tym co mój przedmówca napisał. Z plusów mogę śmiało stwierdzić, że obraz wydawał się kompletny, nie było jakiś dziwnych niewytłumaczalnych dziur w scenariuszu. Ze względu na prostotę fabuły, można było wszystko prześledzić od A do Z. Moim zdaniem najlepszym fragmentem był montaż przemiany Discovery na ISS.  W sumie tyle na temat dobrego. O żenadzie związanym z wątkiem Defianta nie będę wspominał. Bo po co budować coś nowego skoro można bez wysiłku przerobić tą samą papkę jeszcze raz? Natomiast mam wrażenie, że Cały serial dzieje się w jakiejś innej odmianie  Uniwersum, a akurat tak się zdarzyło, że załoga przedostała się do MU, które to miało styczność z Prime Universe.  Tyle powiązań z Oryginałem. Z głupot dodam jeszcze, że wysłanie Work Bee nawet wydało mi się ciekawe ( mimo, że promieniem ściągającym można by to zrobić od razu ), ale potem pada stwierdzenie, że przy usuwaniu rdzenia pamięci trzeba bardzo uważać. Sądziłem, ze będzie coś w rodzaju operacji. A tu laserem wystarczyło walnąć z jednej strony, z drugiej i wszystko przyciągnąć magnesem…. gdzie tu finezja ? Drugie to motyw, podmieniania każdego panelu z osobna na ten z ISS… ta jakby centralnie tego nie można było zrobić. No i najważniejsze, motyw ze spotkaniem pierwszego wrogiego  okrętu ISS. Discovery był w zasięgu działek, na kadłubie wielkie „USS” –  wystarczyło ściemnić, że obraz nie działa, i głosowo potwierdzić swoją osobowość – majstersztyk.  Hmm. w sumie to podobała mi się jeszcze jedna rzecz. Lorca w MU próbował stać się Imperatorem 🙂 , chyba jedyna osoba o nie lustrzanej tożsamości.

 

Na koniec wymienię trzy rzeczy które jeszcze mnie drażniły w tym odcinku: Pierwsze to wymuszony romans Michael i Asha. W całym tym związku nie ma odrobiny chemii. I mogę się założyć, że jak tożsamość Voqa wyjdzie na jaw, to główna bohaterka będzie zdruzgotana lub poczuje ludzkie emocje. Druga to papierowa załoga, we wszystkich ujęciach na mostku mogę śmiało stwierdzić, że byli. Jak zwykle powiedzieli parę zdań i w żaden sposób nie mieli wpływu na fabułę. W ambulatorium to samo, tam nawet nie ma głównego medyka. A jaki żal mną ścisnął w momencie, w którym Kapitan Shenzhou zaatakował Burnham. Przecież gościa widziałem jakieś 1,5 odcinka. Był dla mnie nikim, pustką, i właśnie to po nim zostało, a raczej jeszcze mniej. Muszę przyznać, że przy takich scenach bagaż emocjonalny, który twórcy serialu zamieścili w serialu, po prostu zbija na kolana. Po prostu nie mam słów. Tak samo ma się do trzeciej rzeczy. A mianowicie próba stworzenia wielkiej tajemnicy – kto jest Imperatorem.. Ta… Ten motyw można rozwiązać przez dodawanie, tzn przez eliminacje. Hmmm zastanówmy się, jakiej kobiety jeszcze nie widzieliśmy ? Czyżby to była pani Admirał PrześpijSięzLorca ? A może Pani Kapitan  Georgiou, której nie było na stanowisku dowodzenia Shenzhou ? No zaiste nie jestem w stanie wytypować tej prawidłowej odwiedzi. Ale będzie zaskoczenie w Pałacu. A jakie emocje przejdą przez Burnham, gdy będzie musiała zmierzyć się ze swoim wzorem dowódcy ? Swoją drogą jestem ciekawy jak wcieli się w swoją lustrzaną postać Michelle Yeoh.

Mója ocena – odcinek słaby, ale bez luk fabularnych i żenujący pod względem chwytów, których zastosowali scenarzyści.

Recenzja według Śmiecha

Cóż… Trudno dodać coś więcej poza tym, co napisali koledzy powyżej, ale mimo wszystko po obejrzeniu odcinka nie jestem aż tak wkurzony, jak Wookie. Może dlatego, że generalnie wiadomo już czego można się po Discovery spodziewać.

A nie spodziewałem się zbyt wiele i nie byłem przez to zbytnio zaskoczony. Nie ma niespodzianki w tym, że Ash jest tak na prawdę Klingonem, który pojawił się wcześniej jako Voq i który w porozumieniu z L’Rell został chirurgicznie zamieniony w człowieka, bo tego podejrzewali fani od dawna. Teraz tylko dostaliśmy potwierdzenie tych domysłów. Samo pojawienie się w załogi Discovery w Mirror Universie też nie zaskakiwało, bo scenarzyści dali wystarczająco dużo podpowiedzi wcześniej. To wszystko powoduje, że historia mnie niezbyt wciągnęła, a sam scenariusz uważam za średnio udany.

Skoro nie fabuła, to może chociaż bohaterowie potrafili przykuć moją uwagę? Odpowiedź jest prosta: nie. Uważam członków załogi Discovery za proste, bezbarwne i jednowymiarowe postacie. No bo jak mam polubić „wszystkowiedzącą i nie mylącą się nigdy” Burnham? Pomimo tego, że znalazła się w innym wszechświecie, w którym panują nieznane reguły przetrwania, potrafiła się błyskawicznie odnaleźć i kilkukrotnie w ostatniej chwili ratowała załogę (gdy znalazła informację o Killy Tilly, gdy tłumaczyła wszystkim pochodzenie Imperium, itd.). Nie pokazano na ekranie tego, jak doszła do tej całej wiedzy, więc mam ogromny problem z akceptacją jej omnibusowości.

Podobnie Ash Tyler, cierpiący niczym Wertem albo inny Judym na rozdartej sośnie. 😉 No… Cierpi. I tyle wiemy o jego motywach. Tilly? To jakiś żart, gdy emocjonalna, naiwna, zakompleksiona i gadatliwa kadetka błyskawicznie odnalazła się w roli śmiertelnie groźnej dominy. Kapitan Lorca? Tu ewentualnie jeszcze jestem w stanie oddać honor tej postaci, szczególnie gdy przywalił sobie czołem w ścianę. Ale reszta? To jakieś tło, o którym nic nie wiadomo. (Łącznie z tym kolesiem, o którym pisał Mavis i którego śmierć kompletnie nic nie znaczyła).

Nie mam najlepszej opinii o tym odcinku. Nie pomogło nawet powiązanie z resztą uniwersum ST i historią USS Defianta, bo – jak już wspomniał Wookie – było robione trochę na siłę i za cholerę nie przystawało do tego, co widziałem na ekranie do tej pory.

Ja rozumiem: mamy XXI wiek i inaczej teraz przedstawia się SF na ekranie. Gdyby serial miał wciągającą fabułę, interesujących bohaterów i nie wypaczał zbytnio historii uniwersum, to gotów byłbym wybaczyć zmiany technologiczne między DIS i TOSem, zmianę kroju mundurów, czy inne kwestie wizualnie. Ale tu nie doświadczyłem niczego z tych rzeczy, które według mnie definiują dobry serial. Nie jestem tak wkurzony na tą całą sytuację jak Wookie czy Mavis. Raczej… zniechęcony.