Star Trek TOS: The Lights of Zetar – recenzja (odcinek 3×18)

Enterprise leci do największej biblioteki w galaktyce czyli Memory Alpha. Przy okazji wiezie ze sobą nową bibliotekarkę w, której od razu zakochuję się Scotty. Rzecz jasna ze wzajemnością. Niestety po drodze, nasz statek zostaje zaatakowany przez dziwne światła…Dosłownie, światełka. Wpływają one dziwnie na załogę a najdziwniej na wybrankę Scottiego. Potem widzimy jak światełka atakują i zabijają załogę Memory Alpha (uszkadzając przy tym bibliotekę) i wracają na Enterprise. Po szybkiej analizie Spock z Kirkiem zauważają, że fale mózgowe pani bibliotekarki są identyczne z falami mózgowymi światełek. Nawet nie pytajcie. Oczywiście światełka okazują się być ostatnim tchnieniem 100 istot z planety Zetar od tysiącleci podróżujących we wszechświecie i szukających takich fal mózgowych. Wchodzą więc w dziewczynę Scottiego ale nasza dzielna załoga się nie poddaje i ją ratuje przed odnowieniem cywilizacji Zetar. A ponieważ została uratowana, Scotty strasznie się cieszy a my już jej nigdy więcej nie zobaczymy w serialu. No trochę słabo. Odcinek praktycznie jest o niczym. Totalnie nijaki i beznadziejny. Dlaczego scenarzyści postanowili skupić się na jakichś dziwnych światełkach i miłości Scottiego nie wiem do dzisiaj. Za to po macoszemu potraktowali Memory Alphe a to wokół niej moim zdaniem powinien kręcić się ten odcinek. Mogli na przykład pokazać romulańską próbę wkradnięcia się do bazy (co prawda podobno jest otwarta dla wszystkich ale uznaje, że dla wszystkich członków Federacji). Niestety odcinek całkowicie zbędny i niepotrzebny. Najbardziej żal mi tu Scottiego, któremu chociaż raz przyznano pannicę a już jej więcej nie zobaczymy. Szkoda, że w tamtych czasach nie robiło się „ciągłych” seriali. Szkoda zmarnowanego potencjału. Jedyny pozytyw to właśnie ta biblioteka, która odrobinę powiększa uniwersum. A po za tym: słabo.