Kosmos 1999: The Taybor – recenzja (odcinek 2×06)

Tym razem na księżyc przybywa międzygalaktyczny kupiec, coś na kształt Mudda ze Star Treka. Proponuje on tradycyjną wymianę handlową pomiędzy nim a załogą Alhpy. Jednak tym co najbardziej interesuje Koeninga jest jego napęd, który sprawia, że jego statek podróżując w podprzestrzeni może w mgnieniu oka przenieść się gdziekolwiek zechcemy. Oczywiście rozbudza to umysły naszym ludzi, w końcu można wrócić na Ziemię. To prowadzi do ciekawej sceny, w której Taybor zgadzając się przenieść wszystkich na Ziemię w zamian za całą bazę Alpha pyta gdzie leży nasza planeta. Niestety nasz dowódca podaje informacje, że się tak wyrażę ziemskie. Niestety, nie wie w którym kwadrancie leży nasza planeta ani jakie są jej koordynaty. Z jednej strony scenarzyści ciekawie ujęli nasze znaczenie we wszechświecie (bo tutaj swobodnie się podróżuje pomiędzy galaktykami) a z drugiej to dziwne, że na stacji księżycowej nie są w stanie podać współrzędnych naszej planety. Ponieważ ta próba się nie udała komandor Koening postanawia za wszelką cenę zdobyć ten silnik – nie do końca wiem po co skoro i tak nie potrafią wklepać koordynatów. Z kolei Taybor stwierdza, że odda silnik za jedna cenę: Maye. Jest on bowiem kolekcjonerem i Maya byłaby takim klejnotem w koronie jego kolekcji. Rzecz jasna handel istotami żywymi nie wchodzi w grę na Alphie ale (uwaga, głupota odcinka) okazuję się, że na stacji mają magiczna maszynę tworzącą androidy na wzór ludzi. Ciekawe, że dotychczas o tym nie słyszeliśmy, nie widzieliśmy i nie było to wykorzystywane. Przecież zamiast niebezpiecznych misji można by wysyłać roboty. Oczywiście Taybor pozornie zgadza się na podróbę Mayi, po czym porywa oryginał. Na szczęście Maya (będąca metamorfem) zmienia się w brzydką kobietę i Taybor ją odsyła z powrotem. Odcinek bez większej historii. Nie było źle ale parę głupot się znalazło a sam motyw mocno oklepany i nie zaskakujący.