Kosmos 1999: All That Glisters – recenzja (odcinek 2×05)

Tak jak poprzedni odcinek był w połowie nudny, tak ten jest jeszcze gorszy. Prawdę mówiąc ciężko na nim nie zasnąć. Cała akcja kręci się wokół tego, że załoganci poszukują pewnego minerału (milganitu) o którym nigdy przedtem nie słyszeliśmy i jak znam życie już o nim nie usłyszymy. Taki to ważny minerał. Przylatują więc na planetę gdzie czujniki wykazały obecność tego produktu. W wahadłowcu lecą znane nam postaci czyli Koening, Tony, Doktor Russel i Maya. A, i zapomniałbym leci jeszcze jedna postać, dotychczas przed nam ukrywana czyli David Reilly, geolog. To taki typowy amerykański kowboj, który niczego się boi, miał trzy żony a teraz łapczywie patrzy na Maye. Tak więc lądują na tajemniczej planecie. Znajdują głaz, który opanowuje ciało Tonyego a w zasadzie symuluje jego śmierć ale wiecie tak na niby. Jak się potem okazuję ten głaz to inteligentna istota która potrzebuje wody ale prawdopodobnie wyssała całą ze swojej planety. Kowboj na to inteligentnie stwierdza, że gdyby te głazy nas poprosiły przecież przenieślibyśmy je na planetę gdzie jest woda wiec po co uciekać się do przemocy. Grubo. Serio. Czyli chciał przenieść na inną planetę istoty które dosłownie wyssały całą wodę ze swojej planety. Geniusz. Dodam tylko, że w żaden sposób nie sterują księżycem więc nie wiadomo czy i kiedy trafiliby na taką planetę. No ale wszystko kończy się dobrze a odlatując z tej planety nasi bohaterowie wyrzucają jakiś proszek powodujący deszcze. Odcinek kończy się sceną jak głaz odżywa w deszczu. Głupie to, nudne i do tego kolejna postać z kapelusza i do tego tak stereotypowa, że aż boli głowa. Kiepsko.